DOZ Maraton Łódź – relacja Prezesa Szymona

DOZ Maraton Łódź – relacja Prezesa Szymona

Obudziłem się nie słysząc budzika. Zaspałem? 6:45… Nie, wstałem przed czasem. Ci co mnie znają wiedzą, że budzik mi w śnie nie przeszkadza, a jest raczej sygnałem dla Żony, by na mnie huknęła, gdy słyszy którą już z kolei „drzemkę”. Tym razem było inaczej. Wstałem, serce biło mocniej niż zwykle rano. Stres, coś pomiędzy egzaminem maturalnym, a ślubem. Na ten dzień szykowałem się długo, wiedziałem, że jeżeli mam stanąć „twarzą w twarz” z walką o rekord życiowy, to tylko podczas łódzkiego maratonu. I choć głównym celem na ten rok jest Rzeźnik to trening dobrze przygotował mnie również na Maraton Dbam o Zdrowie.

8:30 wspólne zdjęcie z Szakalami, przywitania, piątki i wzajemna motywacja. Każdy uśmiechnięty… jeszcze. Po 30 kilometrze często uśmiech na twarzy zastępowany jest grymasem bólu, myśli „daleko jeszcze”, „dlaczego 10 kilometrów dłuży się jak 20?”. Cel miałem ambitny – minimum – rozmienić rekord życiowy (3:18:40), maksimum – dołożyć do tego jeszcze blisko 4 minuty, czyli rozmienić barierę 3 godzin i 15 minut. Fizycznie gotowy byłem, pytaniem było czy „nóżka będzie podawała” i czy głowa wytrzyma.

Czy było odliczanie? Nie wiem. Wyłączyłem się. Znalazłem baloniki – zające – prowadzące na 3:15 i czekałem. Ruszyli. Po kilkuset metrach zerknąłem na zegarek. Tempo za mocne, nawet na zakładany czas. Nie sugerując się uciekającymi balonikami, zwolniłem. Nie było sensu rwać tempa na początku, mści się to później na drugiej „dłużej” połowie. Kiedy więc sukcesywnie zające oddalały się, ja leciałem swoje. Swój rytm, swój oddech i krok. Samopoczucie dobre, choć czułem w nogach, że to nie jest mój dzień. Być może to wynik stresu, który mnie jeszcze trzymał, albo miałem rozkręcić się później. Pobiegamy, zobaczymy.

IMG-20220424-WA0005 IMG-20220424-WA0014

IMG-20220424-WA0015 IMG-20220424-WA0016

Niestety samotny rajd ma swoje minusy. Głównie minusy. Bieganie w grupie pozwala złapać wspólny rytm. Trzymamy tempo osoby przed nami, wymiany co jakiś odcinek również wybijają z rutyny. Tym razem byłem sobie sterem, żeglarzem i okrętem. A skoro jesteśmy już przy terminologii marynistycznej, to dodajmy do tego wiatr. Ten, cholera głównie wiał w ryj. Nie było się przed kim schować, by utrzymać tempo, musiałem więc nadkładać sił. Miałem wrażenie, że kierunek wiatru zmieniał się wraz z kierunkiem biegu. Kiepsko. Jeżeli mogę pozwolić sobie na chwilę marudzenia, to pomarudzę jeszcze na słońce. Miało być pochmurnie, miało… Ale nie było. Pogoda na spacer być może i idealna, ale do biegu niekoniecznie. Dla mnie nieco za ciepło. Niby złej baletnicy, ale jednak były to 2 detale, które nieco podcinały skrzydła.

Wróćmy jednak do trasy. Nie ma co ukrywać, dzisiaj nie było mi pisane rozmienić 3:15. W okolicach Dworca Fabrycznego, gdzieś na 17 kilometrze tempo z zakładanego 4:38, spadło mi do 4:44. To tutaj walczyłem z największym „wmordewindem”. Całe szczęście, na rowerze złapał mnie Szakal Błotny Dominik, który nadał rytm i nie pozwolił mi zwolnic i holował do 20 kilometra. Jeżeli spojrzeć na „prognozowany czas” to leciałem jak w szwajcarskim zegarku na 3:16:12.

międzyczasy

Jak człowiek zrobił „połówkę” to nawet nabrał sił, a skoro nabrał – to również przyśpieszył. Mijając półmaraton i 25 km, „prognozowany czas” pokazywał mi metę z wynikiem 3:15:30, a średnie tempo wróciło do wcześniej zakładanego 4:38. Tempo to trzymałem również do 30 kilometra, kiedy to na rowerze złapał mnie Brat. Pojawiły się pierwsze większe odczuwalne oznaki zmęczenia, tempo nieco siadło (głównie pod górkę), ale jak tylko mogłem – przyśpieszałem. 35 kilometr minąłem w 2:43:03, prognozowany czas 3:16:12. JEST DOBRZE!

Niestety. Było, ale nie do końca. Na 37 dorwał mnie mało sympatyczny gość, z którym dawno się nie spotkałem – Pan Skurcz. Najpierw delikatnie kąsał, zwalniałem by gość sobie poszedł, a gdy przyśpieszałem – wracał, chyba bardziej wkurzony. Na Al. Unii Lubelskiej, na 39 km postawił mnie do pionu. Musiałem zatrzymać się, porozciągać i już spokojnym tempem wrócić do biegu. Szanse na wynik uciekły, ale trudno – leciałem dalej po swoje. Tempo z 4:38 na 36 km, na kolejnych już przekraczało 5:20. Minuty, które straciłem już nie były do odzyskania. Metę przekroczyłem w 3:21:51.

IMG_20220424_134619 IMG_20220424_122219

Czy wynik traktuję jako porażkę? NIE! Jeszcze w styczniu maraton pokonałem w 3:33, dziś wynik był o przeszło 10 minut lepszy. Była szansa na niezły wynik, wręcz bajeczny, stąd czuję niedosyt, ale na pewno nie czuję się przegrany. Jeszcze będzie czas! Wszak, jak to mawiał pradawnySzakal Rakowski „jestem zawodnikiem młodym i perspektywicznym” 😉

Dziękuję w tym miejscu Żonie za doping – jak zawsze, Bratu i Dominikowi za support oraz Maurycemu za przygotowanie! Dziękuję również wszystkim kibicom, Szakalom i ekipie z Łódź Kocha Sport za doping – to naprawdę pomaga!

IMG_20220424_134602 IMG_20220424_132457

 

Peace & Love!
Szakal Szymon „Prezes”