Jak się okazało, Pakistan da się zapamiętać. Oj, da się. I to na długo. Zapraszam więc do dalszej części relacji, bo po Karaczi i maratonie przyszedł czas, żeby zobaczyć, co właściwie znajduje się poza miastem.
Wynajęliśmy prywatnego kierowcę, który miał zawieźć nas za miasto, w okolice kilku turystycznych atrakcji. Plan był prosty: trochę historii, trochę spokojnego zwiedzania. Jak się później okazało, słowo „spokojna” było w tym planie zdecydowanie na wyrost.
Jednym z pierwszych punktów była Nekropolia Makli – ogromny kompleks grobowców położony niedaleko Thatty. Skala tego miejsca jest trudna do ogarnięcia. W zależności od źródła mówi się o około 500 tysiącach do nawet miliona grobowców, powstających przez blisko 400 lat. Znajdują się tutaj monumentalne grobowce władców, członków rodzin królewskich, sufickich świętych, uczonych i innych ważnych postaci regionu. To nie jest więc zwykły cmentarz, ale właściwie ogromne kamienne miasto zmarłych, rozciągające się na olbrzymim obszarze. Nic dziwnego, że miejsce zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO jako wyjątkowe świadectwo cywilizacji Sindh od XIV do XVIII wieku.
Ale zanim zaczęliśmy podziwiać wielowiekowe grobowce, musieliśmy przejść przez nieco mniej turystyczną część programu. Najpierw trzeba było odpowiedzieć na kilka pytań: skąd jesteśmy, po co przyjechaliśmy, co tutaj robimy. Następnie pokazaliśmy paszporty. Wszystko zaczęło przypominać kontrolę graniczną, a nie wejście do zabytku. Po chwili otrzymaliśmy również… osobistą obstawę.
Przydzielono nam jegomościa w czarnej koszulce z wielkim napisem POLICE, który dzierżył w ręku… kałacha. I właśnie wtedy pomyślałem, że nasza wycieczka zaczyna nabierać nieco innego charakteru, niż zakładaliśmy. Czy wzbudzał zaufanie? Przyznam szczerze – miałem mocno ograniczone. Maciek i Mariusz najwyraźniej mieli na ten temat zupełnie inne zdanie. Albo po prostu uznali, że skoro człowiek ma napis „POLICE” na koszulce i kałacha w ręku, to musi być odpowiednią osobą do oprowadzania turystów po nekropolii. Spacerowali z nim jak gdyby nigdy nic, uśmiechali się, rozmawiali. Ja natomiast cały czas dyskretnie kontrolowałem, gdzie znajduje się lufa.
W pewnym momencie podeszliśmy do czegoś, co – według naszej „obstawy” – było studnią, do której w dawnych czasach wrzucano złodziei i innych kryminalistów. Nie wiem, czy historia była w stu procentach prawdziwa, czy sam ją sobie w głowie ułożyłem, ale sam fakt istnienia takiej studni wystarczył, żeby moje zainteresowanie tym miejscem gwałtownie wzrosło. I wtedy nasz „policjant” zrobił coś, czego kompletnie się nie spodziewałem. Lufą wskazał schody prowadzące na dół. Coś powiedział łamaną angielszczyzną. Nie wszystko zrozumiałem, ale przekaz wizualny był wyjątkowo klarowny. Mamy zejść na dół… W tym momencie oblały mnie zimne poty. To był ten moment, w którym pomyślałem, że być może UNESCO jednak nie obejmuje wszystkich atrakcji turystycznych. Odwracam się w stronę Maćka i Mariusza. A oni? Schodzą. Bez żadnego zawahania. Uśmiechnięci.
Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, byli już na dole razem z naszym uzbrojonym przewodnikiem. Przez chwilę stałem na górze i zastanawiałem się, czy powinienem jednak posłuchać instynktu samozachowawczego, czy solidarności grupowej. Po chwili nasłuchiwania nie usłyszałem żadnych wystrzałów. Uznałem więc, że chyba można zejść.
Na dole okazało się jednak, że zarówno Maciek, jak i Mariusz nadal żyją, a nasz „policjant” najwyraźniej nie planuje powiększać grona mieszkańców nekropolii. Co więcej, po chwili wyszło na jaw, że nasza uzbrojona obstawa ma jeszcze jedną, zdecydowanie bardziej pokojową funkcję. Nasz „policeman” oprócz pilnowania naszego bezpieczeństwa starał się również oprowadzać nas po terenie, opowiadać o poszczególnych miejscach i – co chyba najważniejsze – zapracować sobie na kilka dolarów napiwku.Kiedy już uspokoiłem oddech i upewniłem się, że jednak nie zostaniemy pochowani gdzieś pomiędzy XIV-wiecznymi grobowcami, można było wreszcie zacząć cieszyć się spokojnym zwiedzaniem.
Wydawało się, że sytuacja została opanowana. Do czasu…
Po kilku godzinach zwiedzania powoli opuszczamy kolejne zabytki i kierujemy się z powrotem do miasta. Po drodze mijamy dziesiątki, a właściwie setki przykładów tego, co nazywa się Truck Art – jednej z najbardziej charakterystycznych form sztuki Pakistanu, znanej również lokalnie jako Phool Patti. Kolorowe, misternie zdobione ciężarówki i autobusy wyglądają tak, jakby ktoś wziął zwykły samochód, dorzucił do niego wszystkie dostępne kolory, kilka kilogramów chromu, kwiaty, ornamenty, wizerunki bohaterów, religijne symbole i wszystko, co jeszcze znalazł pod ręką, a następnie uznał, że… tak, teraz jest wystarczająco skromnie. Każda ciężarówka wygląda inaczej. Psychodeliczne, kolorowe i kompletnie niepasujące do europejskiego wyobrażenia o tym, jak powinien wyglądać samochód ciężarowy. I chyba właśnie dlatego tak bardzo pasują do Pakistanu.
Im bliżej Karaczi, tym jednak mniej interesuje nas Truck Art, a coraz bardziej zachowanie naszego kierowcy. Kilkanaście kilometrów przed miastem zaczyna robić się wyraźnie nerwowy. Co chwilę odbiera telefon, prowadzi krótkie, nerwowe rozmowy, rozłącza się, po chwili telefon znów dzwoni. Do tego regularnie zerka w lusterko. W końcu pytamy, czy coś się dzieje. Kierowca odpowiada, że policja się denerwuje. Podobno nie może nas znaleźć i cały czas do niego dzwonią.
I tutaj w naszych głowach pojawia się kilka pytań. Po pierwsze – skąd policja wie o naszym istnieniu? Po drugie – dlaczego dzwoni akurat do naszego prywatnego kierowcy? Po trzecie – skąd policja ma jego numer telefonu?
Zanim jednak zdążyłem sobie odpowiedzieć na te pytania, odpowiedź pojawiła się sama. Nagle zza nas wyłania się zdezelowany pickup. Samochód wygląda tak, jakby najlepsze lata miał za sobą. Urwane światła, poobijana karoseria i ogólne wrażenie, że auto wzięte wczoraj ze szrotu. Na pace stoi jegomość w… zimowej czapce i z karabinem w ręku.
Pickup zajeżdża nam drogę. Przez chwilę jedzie przed nami, a następnie każe zjechać na pobocze. I właśnie wtedy zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie przeszliśmy płynnie z wycieczki krajoznawczej do filmu sensacyjnego. Porwanie? Jeżeli wcześniej na widok „policjanta” w Makli oblały mnie zimne poty, to teraz były już zdecydowanie lodowate.
Spoglądam na Maćka. A ten? … łapie za kamerę i zaczyna nagrywać. W tym momencie dochodzę do wniosku, że albo nie czuje powagi sytuacji, albo po prostu jego priorytety są zupełnie inne niż moje. Ja kalkuluję, czy mamy jakąkolwiek szansę ucieczki. On kalkuluje chyba tylko, czy nagranie będzie dobrze wyglądało. „Policjant” podchodzi do naszego kierowcy. Rozmawiają. Kierowca pokazuje coś, tłumaczy, przytakuje. Po chwili okazuje się, że wszystko jest… w porządku. Mamy jechać za nimi.
Patrzę na ten pickup, patrzę na jegomościa z karabinem, patrzę na urwane światła i zaczynam się zastanawiać, czy definicja słowa „policja” nie jest tutaj przypadkiem nieco bardziej elastyczna niż w Europie. Widziałem w życiu radiowozy w różnych zakątkach świata. Naprawdę różne. Ale uwierzcie mi – temu było bardzo daleko do pojazdu, który na pierwszy rzut oka kojarzyłby się ze służbą publiczną. Jedziemy więc za naszym pakistańskim „radiowozem”.
Po chwili kierowca wyjaśnia nam całą sytuację. Okazuje się, że kiedy wyjeżdżaliśmy z hotelu, musiał przekazać policji nasze dane oraz swój numer telefonu. Wszystko ze względów bezpieczeństwa, ponieważ w tych okolicach zdarzają się napady i porwania turystów. Policja miała więc wiedzieć, gdzie jesteśmy, z kim podróżujemy i kiedy powinniśmy wrócić. Problem polegał na tym, że minęło już sporo czasu, a my nadal nie pojawiliśmy się w Karaczi. Policja zaczęła się niepokoić. Dzwonili więc do kierowcy, pytali, gdzie jesteśmy i kiedy wrócimy. Czyli kolejny raz okazało się, że to ja byłem w błędzie. Cała sytuacja, która z naszej perspektywy wyglądała jak początek porwania, była w rzeczywistości… policyjną akcją poszukiwawczą mającą sprawdzić, czy przypadkiem nie zostaliśmy porwani.
Wracamy do miasta już późną nocą. Zmęczeni, ale z poczuciem, że chyba udało nam się przeżyć kolejną porcję lokalnych atrakcji. Przed wylotem mieliśmy jeszcze jedną noc. Ostatni nocleg zarezerwowaliśmy w hotelu położonym niedaleko lotniska. Pomysł wydawał się idealny – zamiast tłuc się przez całe Karaczi o trzeciej czy czwartej nad ranem, mieliśmy rano szybko dojść na lotnisko i spokojnie rozpocząć podróż powrotną. Plan był doskonały. Do momentu, kiedy dotarliśmy na miejsce. Brak jakiegokolwiek szyldu, brak oznaczeń hotelu. Pukamy w drzwi – zamknięte.
W tym momencie sytuacja znów zaczyna robić się nerwowa. Tym bardziej że wraz z nami są policjanci, którzy najwyraźniej zaczynają podejrzewać, że coś tutaj nie gra. Na ich twarzach pojawia się coraz większe zdenerwowanie. Zaczynają wyglądać tak, jakbyśmy właśnie próbowali zrobić im jakiś numer. Wyciągam telefon i zaczynam gorączkowo szukać rezerwacji. Na szczęście wcześniej zapisałem ją w trybie offline. Pokazujemy Booking, adres, potwierdzenie rezerwacji – wszystko się zgadza. Tylko hotelu nie ma. A właściwie jest, ale tylko wirtualnie.
Zaczynamy pytać o nocleg w obiekcie obok. Okazuje się, że część hoteli i pensjonatów w tej okolicy może przyjmować zagranicznych turystów dopiero po uzyskaniu specjalnej zgody. Nasz obiekt takiej zgody nie miał…Po krótkiej naradzie z kierowcą dochodzimy do rozwiązania. Wracamy do naszej poprzedniej kwatery, a kierowca zobowiązuje się przyjechać po nas w środku nocy i zawieźć nas na lotnisko. Tym razem rozwiązanie najwyraźniej satysfakcjonuje również policjantów. Nerwy opadają, wszyscy dochodzą do wniosku, że sytuacja została opanowana, po czym funkcjonariusze odjeżdżają w swoją stronę.
A my? Wracamy do naszej kwatery. I tak kończy się nasza ostatnia noc w Karaczi. Po tych kilku dniach w Pakistanie zacząłem się zastanawiać, czy słowo „normalność” będzie jeszcze miało dla mnie takie samo znaczenie jak wcześniej.
Żegnaj, Karaczi.
Żegnaj, Pakistanie.
Przygód zdecydowanie mi tutaj wystarczy.
Szymon „Prezes”





















