Choć podróż do Pakistanu odbyła się w pierwszych dniach stycznia ubiegłego roku, sam list najwyraźniej postanowił podróżować wolniej. Uznajmy, że to przez odległość dzielącą nasze kraje albo lokalne podejście do pojęcia „terminowość”. Tak czy inaczej – przygody, które nas tam spotkały, aż proszą się o spisanie. Zdjęcia nie oddadzą zapachu, napięcia i momentów, w których człowiek śmieje się głównie dlatego, że alternatywą jest panika. W letni weekend, ciepły jak pakistański styczeń, siadam więc do pisania…
Zaczęło się niewinnie – od teorii. A teoria, jak wiadomo, uspokaja. Jeśli mam gdzieś lecieć, dobrze wiedzieć dokąd. Wikipedia przyszła z pomocą i poinformowała nas, że „Pakistan” oznacza „ziemię czystą i niewinną”. Pāk – czysty, stan – ziemia. Brzmi pięknie. Poetycko wręcz. Etymolodzy byliby dumni. Rzeczywistość… cóż, miała na ten temat własne zdanie.
Pakistan to piąte pod względem liczby ludności państwo świata – ponad 240 milionów ludzi, z czego 96% wyznaje islam. Stolica to Islamabad, ale prawdziwym kolosem jest Karaczi – ponad 20 milionów mieszkańców. Dla zobrazowania: pół Polski w jednym mieście. Karaczi było celem naszej maratońskiej wyprawy.
Na stronie Ministerstwa Spraw Zagranicznych można przeczytać, że podróży do wielu regionów Pakistanu się „nie zaleca”. Gdy spotkana w samolocie Polka–stewardessa zapytała, czy mamy na miejscu przewodnika, a my odpowiedzieliśmy, że nie – spojrzała na nas, uśmiechnęła się i rzuciła tylko: „Odważni jesteście”. W tym momencie gdzieś z tyłu głowy zapaliła się mała, czerwona lampka. Zignorowaliśmy ją. Jak profesjonaliści.
Lądujemy po czwartej rano czasu miejscowego. Targujemy się o taksówkę, mocno zbijamy cenę, choć i tak płacimy za dużo. Zmęczeni chcemy już tylko dotrzeć do hostelu. Na maps.me obserwuję, jak taksówka sprawnie sunie przez uśpione miasto. Po około pół godzinie… jesteśmy na miejscu. A raczej powinniśmy być. Szyldu brak. Hostelu brak. Zawracamy. Krążymy. Nadal nic.
Prosimy kierowcę, by zadzwonił pod numer z Bookinga. Odpowiedź brzmi mniej więcej tak: „Dziś pełno, jedźcie do drugiego obiektu, kilka kilometrów dalej”. Wyboru brak. Jedna noc – damy radę. Na miejscu rzeczywistość przyśpiesza. Z obiecanych trzech łóżek widzimy jedno małżeńskie i… stary, brudny materac rzucony na podłogę. Trzecie „łóżko”. Menadżer oczekuje zapłaty za cały pobyt. My chcemy zapłacić tylko za jedną noc. Rozmowa robi się coraz bardziej nerwowa. Widząc, dokąd to zmierza, loguję się w panice na wi‑fi i szukam czegokolwiek w pobliżu startu i mety maratonu. W samą porę zapisuję adres nowego miejsca, gdy słyszę od Maćka Rakowskiego krótkie, ale stanowcze: „Szymon, wychodzimy!”. Recepcjonista patrzy na nas z miną człowieka, który jest pewien, że zaraz wrócimy. Nie wróciliśmy.
Jest piąta rano. Stoimy w centrum zupełnie obcego miasta. Bezpańskie psy biegają po ulicach, gdzieś w oddali grupa ludzi ogrzewa się przy ognisku z palonych śmieci. Smród jest… legendarny. Taki, którego nie da się opisać, ale który natychmiast zapisuje się w pamięci. Dwupasmowe ulice rozdziela kanał, do którego – sądząc po zapachu – spływa absolutnie wszystko.
„Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda” – pisał Andrzej Tylczyński. Nasza właśnie się zaczęła. Ruszamy w stronę większego skrzyżowania. Marsz przez ciemne miasto przez kilka kilometrów nie brzmi kusząco, więc planujemy złapać tuk‑tuka, samochód albo… doczekać świtu. Po kilku minutach zatrzymujemy auto. Kierowca jest wyraźnie zestresowany. Pokazujemy mu mapę. Odmawia. I wtedy – jak w filmie – na skrzyżowanie wjeżdża radiowóz policyjny. Trzech białych facetów, noc, środek drogi. To raczej niecodzienny widok. Na szczęście policjanci okazują się wyjątkowo uprzejmi. Krótkie legitymowanie, rozmowa, szybka analiza sytuacji – i decyzja: kierowca ma nas zawieźć. Ten, chyba nadal przerażony, nie chce nawet zapłaty. Chce tylko, żebyśmy jak najszybciej zniknęli z jego samochodu.
Drugi nocleg – gdy traciliśmy już nadzieję – jednak się znalazł. Choć oczywiście nie tam, gdzie wskazywała mapa. Przed nami wielkie, białe, zamknięte wrota. Obok szlaban. A przy nim panowie w ciemnych ubraniach, z karabinami. Kim byli? Postanowiliśmy nie pytać. Zaczęliśmy łomotać w bramę. Ktoś zareagował. Miejsce było. Cena też zaskakująco dobra. Przed szóstą rano, po dobie w podróży, padliśmy jak długi.
Karaczi – dzień pierwszy
Pierwszy dzień w Karaczi zaczynamy od rekonesansu okolicy i wizyty w biurze zawodów. Gdy wyszliśmy z hostelu okazało się, że uzbrojeni panowie to po prostu ochroniarze trzech sąsiadujących ze sobą ambasad – Chin, Turcji i Kuwejtu. Czyli, jak na Karaczi, trafiliśmy całkiem bezpiecznie. Trudno o lepsze powitanie z miastem. Pierwsza noc bardzo wyraźnie postanowiła nam zakomunikować: „Witajcie w Pakistanie. Od tej pory niczego nie zakładajcie z góry”.
Później ruszamy zobaczyć samo miasto. I chyba właśnie wtedy zaczynamy rozumieć, czym naprawdę jest Karaczi. Największe wrażenie robi niewiarygodny wręcz kontrast, który towarzyszy nam niemal na każdym kroku. Z jednej strony skrajna bieda, brud, sterty śmieci, bezdomni, ludzie żyjący w warunkach, które z europejskiej perspektywy są trudne do wyobrażenia, a do tego zapachy, które potrafią zaatakować człowieka z kilku różnych kierunków jednocześnie. Z drugiej – wyrastające nowoczesne, szklane centra handlowe, klimatyzowane wnętrza, eleganckie sklepy i świat luksusu. Na ulicach natomiast trwa nieustanny koncert klaksonów – samochody, motocykle, tuk-tuki, wszystko porusza się w pozornym chaosie, a klakson zdaje się być tutaj równie ważnym elementem wyposażenia pojazdu jak kierownica i hamulec.
Kiedy z Maćkiem postanowiliśmy wybrać się rano na trening do parku, spodziewaliśmy się raczej zwyczajnego rozbiegania. W końcu ile może się wydarzyć podczas 5,5 kilometra? Okazało się, że w Karaczi bardzo dużo. To, co zobaczyliśmy na miejscu, wręcz nas wmurowało. Za płotem pobliskiego parku znajdował się swoisty „obóz” z palestyńskimi flagami, a sam park był mieszanką stert śmieci, intensywnych zapachów i bezpańskich psów. Widok, który zdecydowanie trudno będzie wymazać z pamięci. Po takim doświadczeniu chyba już nigdy nie będę miał odwagi narzekać na trzy wypalone pety leżące przy przystanku w Łodzi. Co ciekawe, najwyraźniej miejscowe warunki doskonale wpływają na motywację biegową, bo trening wyszedł nam wręcz rewelacyjnie – 5,5 km pokonane w 17:15, czyli średnim tempem 3:06/km. Tak przynajmniej pokazał zegarek. A zegarkowi przecież trzeba ufać. 😉 Zwłaszcza kiedy wynik wygląda tak dobrze. To był bardzo dobry prognostyk przed nadchodzącym maratonem…
Kolejnym punktem naszej wyprawy jest Mauzoleum „Ojca Narodu”, czyli kompleks memorialny Muhammada Ali Jinnaha – jednej z najważniejszych postaci w historii Pakistanu. Sam obiekt robi ogromne wrażenie: monumentalna, biała, kopulasta konstrukcja wykonana z marmuru, otoczona rozległym kompleksem. Zanim jednak człowiek zacznie podziwiać architekturę, musi przejść kontrolę bezpieczeństwa. Aparaty fotograficzne i kamery nie są tu mile widziane, a wejście do parku przypomina bardziej kontrolę na lotnisku niż początek zwiedzania zabytku – bramki, sprawdzanie i przeszukanie. Jesteśmy prawdopodobnie jedynymi białymi turystami wśród zwiedzających, co natychmiast wzbudza spore zainteresowanie. Ludzie chętnie robią sobie z nami zdjęcia, proszą o wspólne fotografie, a część po prostu fotografuje nas z ukrycia. W pewnym momencie zaczynamy się zastanawiać, kto właściwie jest tutaj turystą, a kto eksponatem muzealnym.
Odwiedzamy również Pałac Mohatta, w którym mieści się Muzeum Etnograficzne. Tutaj zasady bezpieczeństwa są jeszcze bardziej restrykcyjne – nie można wnosić nawet smartfonów. Sam pałac ma bardzo ciekawą historię. Został wybudowany jako letnia rezydencja dla chorej żony indyjskiego kupca Shivratana Mohatty. Po utworzeniu Pakistanu w 1947 roku został przejęty przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych, a po przeniesieniu stolicy do Islamabadu zamieszkała w nim Fatima Jinnah, siostra Muhammada Alego Jinnaha. Po jej śmierci pałacem do 1980 roku użytkowała jej siostra Shireen. Od około 25 lat działa tutaj muzeum, w którym prezentowane są przede wszystkim stroje i tkaniny z prowincji Sindh. Tak przynajmniej twierdzi internet, a z internetem, jak wiadomo, się nie dyskutuje. 😉
Na koniec zaglądamy jeszcze na Empress Market, czyli Bazar Cesarzowej Wiktorii – najstarszy bazar w Karaczi. Charakterystyczną, wysoką wieżę zegarową widać już z daleka, ale prawdziwe atrakcje zaczynają się dopiero po przekroczeniu wejścia. Pierwsze, co dociera do człowieka, to zapach. A właściwie cała ich kompozycja. Zapach, który nie pyta, czy chcemy go poczuć – po prostu wchodzi w życie z buta i zostaje z nami na dłużej. W środku stoiska z owocami, przyprawami, ciuchami, a w hali obok … z mięsem, krew, ścięte głowy zwierząt i całe zastępy much, które najwyraźniej znalazły tutaj idealne warunki do bytowania. Na zewnątrz natomiast bezdomni, kupcy, tłumy ludzi, samochody, motocykle i oczywiście nieustanny koncert klaksonów. Wszystko dzieje się jednocześnie i wszystko zdaje się być na swoim miejscu, choć z naszej europejskiej perspektywy trudno czasami uwierzyć, że ten chaos rzeczywiście działa.
Po pierwszym dniu mamy więc już całkiem pokaźny zestaw bodźców: karabiny przed ambasadami, pałace, mauzoleum, bazar, śmieci, bezpańskie psy, klaksony, ścięte głowy zwierząt i – dla zachowania sportowej równowagi – trening w tempie 3:06/km.
A to dopiero pierwszy dzień. Jeżeli Karaczi chciało zrobić na nas wrażenie, to trzeba przyznać jedno – zdecydowanie mu się udało.
Karaczi – dzień drugi. Maraton.
Karachi Marathon był moim 65. maratonem w biegowej karierze. Jak na jubileuszowy, a przynajmniej kolejny okrągły przystanek w tej biegowej przygodzie, miejsce wybraliśmy dość nietypowe. Kraj, który już podczas pierwszych godzin pobytu skutecznie udowodnił nam, że słowo „egzotyka” może mieć bardzo szerokie znaczenie.
Rano, kiedy wstaliśmy i zaczęliśmy wychodzić z naszego przybytku, za oknem było jeszcze ciemno. Szarówka pojawiła się dopiero później, mniej więcej w okolicach startu. W Polsce powiedzielibyśmy pewnie, że jest jeszcze za wcześnie na bieganie. W Karaczi człowiek patrzy na to zupełnie inaczej. Tutaj każda minuta spędzona na trasie przed pojawieniem się pełnego słońca jest niemal prezentem od losu. Bo jeśli o poranku jest ciemno, to oznacza przede wszystkim jedno: krócej będziemy biegać w pakistańskim słońcu. A to akurat jest wiadomość zdecydowanie pozytywna.
Na starcie nie miałem zresztą żadnych wielkich sportowych ambicji. Po całej historii związanej z wyjazdem, zwiedzaniem Karaczi i przygotowaniami do biegu nie było sensu robić z tego kolejnej wojny o wynik. Plan był prosty i – jak na mnie – wyjątkowo rozsądny: biec równo, utrzymywać średnie tempo, nie szarpać i spokojnie dowieźć maraton do mety.
Choć trasa sprzyjała szybkiemu bieganiu: płasko i szeroko. Maratończyk dostaje to, co lubi najbardziej – asfalt i brak górek. Trasa prowadziła szeroką, trzypasmową arterią, a całość została poprowadzona w formule klasycznego „tam i z powrotem”. Około 10,5-kilometrowa agrafka. Z punktu widzenia orientacji rozwiązanie idealne. Nie trzeba było się specjalnie zastanawiać, gdzie biec. Wystarczyło trzymać się drogi, skinąć głową do stojących na skrzyżowaniach mundurowych z… karabinami i co jakiś czas zawracać. W pewnym momencie można było wręcz odnieść wrażenie, że Karaczi ma tylko jedną ulicę i organizatorzy postanowili wykorzystać ją do maksimum.
Pierwsze metry przyniosły u mnie niespodziewane urozmaicenie. Dosłownie na samym początku jeden z biegaczy postanowił wbiec przede mnie i następnie zwolnić, gdy ja ustawiałem kamerkę. W efekcie zamiast eleganckiego rozpoczęcia zaliczyłem spektakularne spotkanie z pakistańskim asfaltem. Gleba. Na szczęście skończyło się tylko na lekkim otarciu. Żadnych złamań, żadnego poważniejszego urazu. W tym momencie pojawiła się jednak kolejna, całkiem rozsądna refleksja: oby wraz z otarciem nie dostał się do organizmu jakiś pakistański mikroorganizm, który po powrocie do Polski postanowi przejąć kontrolę nad moim życiem. Biorąc pod uwagę warunki, które oglądaliśmy dzień wcześniej, miałem świadomość, że flora bakteryjna tego kraju może być zdecydowanie bardziej ambitna niż moja odporność. Na szczęście, skoro umieszczam tę relację – żyję i nic złego mnie nie złapało ???? Po krótkim spotkaniu z podłożem trzeba było jednak wstać, otrzepać się i wrócić do rzeczywistości. W końcu nie przyleciałem ponad sześć tysięcy kilometrów po to, żeby zakończyć bieg po kilkuset metrach.
I od tego momentu zostało już właściwie samo bieganie. Biegłem wspólnie z Maciejem Rakowskim. Bardzo spokojnie realizowaliśmy założenia. Bez szarpania, bez niepotrzebnych emocji. Tempo miało być równe i takie też było. Po doświadczeniach pierwszych dni w Karaczi człowiek zaczynał zresztą doceniać prostotę sytuacji. Na trasie nikt nie wymagał od nas rozwiązywania problemów komunikacyjnych, negocjowania ceny przejazdu tuk-tukiem czy zastanawiania się, czy właśnie przechodzimy przez dzielnicę, do której lepiej nie wchodzić. Trzeba było tylko biec.
Do 35. kilometra biegliśmy z Maćkiem właściwie równo. I właśnie w tym momencie organizm zaczął delikatnie przypominać, że maraton jednak ma 42,195 kilometra, a nie 35. Pojawił się lekki hamulec. Bez dramatu, bez kryzysu na miarę filmów o biegaczach, którzy ostatnie kilometry pokonują bijąc głową w maratoński mur i kończą dzięki sile charakteru. Po prostu trzeba było trochę zwolnić i spokojnie dowieźć wynik do mety. Ostatecznie linię mety przekraczam z czasem 3:41:45.
I właściwie można by tutaj postawić kropkę. Bo z czysto sportowego punktu widzenia nie wydarzyło się nic szczególnie spektakularnego. Nie było ścigania do ostatnich metrów, zaś bieg ukończony w niezwykłym miejscu i – co chyba najważniejsze – zakończony bez poważnej kontuzji. I właśnie tutaj pojawia się pewien paradoks. Człowiek leci do Pakistanu. Przemierza pół świata potem wstaje przed świtem, zakłada buty i rusza na maraton. I co? 42 kilometry po płaskiej ulicy. Największą przygodą okazuje się upadek na początku, a najbardziej egzotycznym elementem biegu – obawa, czy po tym upadku nie przywiozę do Polski jakiejś nowej odmiany bakterii. Po całej tej otoczce można więc powiedzieć, że Karachi Marathon był jednym z najbardziej zwyczajnych maratonów w niezwyczajnym miejscu.
Przyjechać. Przebiec. Zrobić swoje. Zapamiętać.
Szymon „Prezes”




























