Zimowy Ultramaraton Karkonoski – relacja Szakali

Zimowy Ultramaraton Karkonoski – relacja Szakali

Karkonoski Ultramaraton to bieg, który od kilku lat już na stale zagościł w kalendarzu biegów ultra, rozgrywany w zimowych warunkach Karkonoszy. Tegoroczna trasa liczyła 48 kilometrów i przebiegała od Szlarskiej Poręby, przez Szrenicę, Śnieżne Kotły, Przełęcz Karkonoską, szczyt Śnieżki, Przełęcz Okraj, by finalnie dotrzeć na deptak w Karpaczu, gdzie zlokalizowana była meta biegu.

Warunki nie rozpieszczały – na szlaku zalegało dużo śniegu, część trasy była pokryta lodem, a zdobywanie Śnieżki połączone było z walką z porywistym wiatrem i odczuwalną temperaturą kilkanaście kresek poniżej zera. Jest zima, musi być zimno – z tym założeniem o 7:30 trójka Szakali stanęła na linii startu.

„Było ich trzech, w każdym z nich inna krew, ale jeden przyświecał im cel”:

 IMG_20220226_071946

[Relacja Szymona – „Prezesa”]

274821054_2101204986710301_2378064015410532284_nGdybym miał wyprowadzić się z ukochanej Łodzi – mógłbym to uczynić w 2 miejsca: do Trójmiasta lub Karpacza. Karkonosze oddziałują na mnie swoją pozytywną magią. Wystarczy weekend bym wrócił z naładowanymi akumulatorami na kolejne tygodnie. Nic więc dziwnego, że Zimowy Ultramaraton Karkonoski jest biegiem, na który mogę wracać co roku (prym wiedzie Łódzki Maraton DOZ – ten wynika jednak wyłącznie z lokalnego patriotyzmu). Kiedy zostały uruchomione zapisy w 2020 r. i zostałem wylosowany – ucieszyłem się, choć byłem spokojny – w losowaniach zawsze mam szczęście 😊

W połowie 2020 roku pozytywne oczekiwanie na bieg zostało wzbogacone dodatkowym elementem współzawodnictwa – gdy okazało się, że w biegu startuje również Maciej „Chódy”. Korespondencyjna rywalizacja na Chudym Wawrzyńcu oraz na wrześniowym Ultramaratonie Karkonoskim znalazła swoje pierwszą bezpośrednią „utarczkę” na Półmaratonie Szakala, gdy to Chódy pokazał Prezesowi, że choć Łagiewniki zna, to szybkości odpowiedniej (do rywala) nie ma. ZUK miał być kolejną sposobnością do bezpośredniej rywalizacji obu Szakali. Bukmacherzy rzucali ofertami, a popcorn produkowano w naddatku dla kibiców tej ostrej rywalizacji. W kuluarach mówiono, że porażka Szymona będzie próbą obalenia jego „prezesury”. Stawka więc na tyle wysoka, że nikt nie mógł sobie odpuścić….

***

Do Karkonoszy sporą Szakalową watahą wybraliśmy się już w czwartek, by w piątek zregenerować po podróży, odebrać pakiety startowe i oczekiwać w spokoju pierwszego ultra w tym roku. W przeddzień biegu organizatorzy wrzucili informacje nt. warunków pogodowych na Śnieżce – trudne warunki atmosferyczne, silny wiatr i zalegający lód. Dotąd „zalecane” raczki lub nakładki z kolcami, stały się elementem wyposażenia obowiązkowego.

Pobudka przed 5, nie jest tym co lubię najbardziej. Mimo, że czułem się w miarę wyspany, to kiepsko spałem. Parbat – pies Chódego poszczekiwał w nocy (zapewne wcześniej było to uzgodnione z właścicielem by mnie wybić z rytmu 😉 ). Poranne (ultra)maratońskie „rytuały” mogę robić z zamkniętymi oczami. Szybko więc wyszykowaliśmy się i skierowaliśmy do autobusu, którym udaliśmy się na linię startu w Szklarskiej Porębie

***

7:30, komenda „START” i ruszyli. Strategicznie ustawiliśmy się z przodu stawki, by na wąskich podejściach nie tracić czasu za wolniejszymi zawodnikami. Ruszyłem dość mocno, żwawym krokiem pnąc się pod górę, niekiedy starając się przechodzić do lekkiego truchtu. Chódy, który początkowo był koło mnie, został w tyle (choć zapewne byłem w bliskim zasięgu wzroku). Plan, by trzymać się pleców Szakala, szybko więc się rozmył i to nie wilk gonił zająca, zając wilka. Ale to był dopiero początek…

Pierwszy punkt odżywczy był dość blisko względem startu, bo na 3,5 kilometrze – na Hali Szrenickiej. Wychodząc z lasu zaczęły się też gorsze warunki – kopny śnieg i wiatr. Jako, że izo zbyt wiele nie upiłem z flasków, do schroniska nie wchodziłem, tylko „z buta” ruszyłem od razu w dalszą część trasy. Po minięciu Szrenicy i zdobyciu Łebskiego Szczytu, za Śnieżnymi Kotłami – trasa miała łagodnie zejść w dół w kierunku Przełęczy Karkonoskiej. Liczyłem, że to właśnie tutaj nadrobię stracone na podejściu minuty. Jakiż ja byłem naiwny. Nachylony trawers, coraz gęstsza mgła, wiatr i kopny głęboki śnieg zsuwający buty, utrudniał chodzenie, a co dopiero mówiąc o biegu. Napierałem swoje, biegnąc gdy było to tylko możliwe i maszerując, gdy uznałem, że ten jest szybszy niż próby biegania.

Trudne warunki towarzyszyły niemalże cały czas do Schroniska Odrodzenie – kolejnego punktu kontrolnego. Jednak i tutaj nie zatrzymywałem się. Siły jeszcze miałem, a nie chciałem tracić czasu na zajadanie się batonikami. Kiedy usłyszałem, że za 8 km kolejny punkt, przy schronisku Dom Śląski, ruszyłem mocno pod górę, urywając kolejne cenne sekundy. Porywisty wiatr, mgła i śnieg wysysały siły. Zniechęcenie wzmagało się. Przy Domu Śląskim wpierw usłyszałem  Nangę i Parbata, następnie Kasię, by po chwili zobaczyć moją Martę i Beatę z obiektywem aparatu. Pamiętałem z ostatniego mojego startu, że pobyt w Domu Śląskim choć przyjemny (bo ciepło!, bo można było zmienić przemoczone ciuchy, bo…. ta pyszna pomidorówka!) to jednak trudny – bo rozgrzane ciało trudno adoptowało się do ściany zimna podczas zdobywania Śnieżki. Zdecydowałem się więc, choć już mając dużo mniejsze pokłady energii, od razu iść w kierunku szczytu. Ciepłe słowa Marty dodawały sił choć niezbyt byłem skory do rozmów. Krok za krokiem napierałem pod górę. Jedyne co z siebie wykrzesałem, to prośbę o telefon, gdy minie ich Maciej Chódy – chęć bycia pierwszym minęła mi i gdyby Szakal był tuż za mną, uznałem, że zwolnię i bark w bark pokonamy dalszą trasę. Strome podejście pod Śnieżkę poszło całkiem sprawne mimo wiatru i lodu. Schowane w kieszeni raczki miałem założyć na szczycie, by puścić nogi zbiegając w dół. Nie chciałem jednak tracić czasu i widząc, że fragmenty lodowe przeplatane są kopnym śniegiem – ostrożnie, bo ostrożnie – ale dałem radę bez kolczastego zabezpieczenia. Choć przy moich lekko już zajechanych Hokach nie było to zbyt rozsądne. Dziś wiem, że mogłem je założyć – wtedy „czwórki” lepiej zniosłyby trasę w dół i zachowałbym więcej sił na końcówkę, ale z każdego ultra trzeba wynieść jakąś lekcję.

274696421_149659094118361_8186768304022812672_n274715639_602610901068474_2247972542227021998_n

Za Śnieżką znów czekał nas kopny, głęboki śnieg. Kiedy podczas jednej z prób biegu zaliczyłem glebę połączoną ze skurczem w mięśniu dwugłowym, uznałem, że nie ma sensu wysilać się ponad miarę i wrócę do taktyki „tam gdzie da się biec – zapieprzaj, tam gdzie się nie da – daj sobie siana”. Telefon od Marty zadzwonił trzydzieści-kilka minut od naszego spotkania, później odczytany sms w którym dowiedziałem się, że telefon był ze szczytu Śnieżki, pozwolił mi oszacować, że jestem dobre 20-ścia kilka minut dalej. Na punkcie przed Domem Śląskim dzieliło nas niecałe 5 minut, kiedy jednak ja pognałem dalej, Maciej wybrał wariant regeneracyjny. Skoro nie musiałem zwalniać do naszego wyrównania, trzymając mocne tempo na zbiegach, a marszowo-luźne na podejściach, spokojnym tempem dotrwałem do mety.

Czas na mecie bardzo pozytywnie mnie zaskoczył – 7:00:51 i 112 miejsce w klasyfikacji generalnej (na 343 startujących). Rezerwy były, które mógłbym jednak wykorzystać przy bardziej sprzyjających warunkach. Do tych złych muszę się jednak lepiej przygotować.

ZUK to  fantastyczna impreza, z fantastyczną atmosferą, organizacją i fantastycznymi ludźmi. Warto przyjeżdżać tutaj co roku i jeżeli szczęście dopisze, wystartuję tu w 2023 r. Dzięki!

Peace&Love!

[Relacja Macieja – „Chódego”]

274621985_2101204950043638_403988289111444959_nKilka lat temu przemierzając deptak w Karpaczu natknąłem się na wystawę poświęconą Zimowemu Ultramaratonowi Karkonoskiemu. To co zobaczyłem na zdjęciach wbiło mnie w fotel. Nie bytem sobie w stanie wyobrazić jak osoby ze zdjęć były w stanie pokonać jednego dnia całe karkonoskie pasmo i to brodząc w śniegu.

Coś zaczęło się tlić w mej głowie.  A może kiedyś i mnie uda się pobiec w tej kultowej imprezie? Zacząłem interesować się , co trzeba zrobić, żeby pobiec w ZUKU. W tamtym czasie biegałem tygodniowo 20 kilometrów i nie myślałem o bieganiu po górach. Pierwsza myśl: to nie ma prawa się udać. Tak z czystej ciekawości zacząłem rozmawiać z Michał Matląg co musiało by się wydarzyć aby nizinny pełzacz mógł stanąć w zimowy poranek na linii startu ZUK-a.  Niby nie dużo. Wystarczy z powodzeniem ukończyć dwa górskie ultra maratony w limicie czasu. Potem pozostaje liczyć na szczęście w losowaniu, i już możemy szykować się na bieganie w ZUKU Problem polegał na tym, że ja nie biegałem po górach.  Klepałem asfalt od czasu do czasu i tyle. Nie przebiegłem nawet na tamtą chwilę nawet jednego ulicznego maratonu. Postawiłem przed sobą jasny plan. W 2017 roku pobiegnę ZUK-a. Zacząłem więcej biegać. Przebiegłem swój pierwszy Maraton. Teraz przyszła kolei na górskie wyzwania. Musiałem do listopada wypełnić wymogi organizatorów i przebiec dwa ultra. Ruszyłem więc chudą dupę i zacząłem brykać po górach. Zmierzyłem się z powodzeniem z dwoma imprezami biegami Ultra.  Mogłem więc ze spokojem przystąpić do wypełniania formularza zgłoszeniowego i czekać na wyniki losowania.  Ku mojemu rozgoryczeniu moje nazwisko nie pojawiło się na liście startowej. No tak, takich osób jak ja było znacznie więcej niż dostępnych miejsc. Nadzieja umiera ostatnia :) Los uśmiechnął się do mnie i dane mi było jednak stanąć na linii startu.

Powiem tak, warto było trenować, warto było się męczyć. ZUK to nie jest zwykły bieg. Nie chodzi tutaj o skalę trudności, przewyższenia, panujące warunki. Każdy kto raz stanął na starcie wie o czym mówię. Na każdym kroku czuć tutaj niesamowitą atmosferę. Wśród biegaczy unosi się duch Tomka Kowalskiego. „Zukowcy” to jedna wielka rodzina. Wspaniała rodzina. Znajome twarze, uśmiechnięci wolontariusze. Od tamtej pory ZUK na stałe zagościł w moim biegowym kalendarzu.

W miniony weekend po raz piąty stanąłem na linii startu. Nieprzygotowany, bez formy ale z wolą walki i bananem na twarzy. Po 7.30 rano ruszyłem na przeciw przygodzie. Nie było lekko. Bardzo się umęczyłem. Każdy kilometr bolał jak cholera. Pogoda również zrobiła swoje. Piąty raz biegłem tutaj w skrajnie trudnych warunkach. No cóż taki urok tej imprezy. Z utęsknieniem czekałem na kolejne stałe etapy biegu. Soplicę na Śnieżnych Kotłach (niestety w tym roku nie było), Pomidorówkę w Domu Śląskim, uścisk z Tatą Tomka na Śnieżce, pomarańczę na Okraju, Colę na ukrytym punkcie w pobliżu Kowar. W końcu na finisz na karpackim deptaku i pokrzykiwania wyjątkowego spikera, :)

Tutaj każdy jest zwycięzcą. Bez względu na miejsce i uzyskany czas. Każdy z biegaczy czuje się częścią Zukowej rodziny. Dopóki sił mi starczy zrobię wszystko aby co roku meldować się w Karpaczu na kolejnej edycji ZUK-a.

274791773_2099509776879822_9086081281773148130_n

[Relacja Macieja – „Melsona”]

274869778_602612631068301_2505076853662923609_nPierwszy raz o ZUKu-u usłyszałem od swojego przyjaciela króry określił ten bieg jako najlepszy na jakim kiedykolwiek był. Po sprawdzeniu okazało się że nie tylko on tak myśli gdyż zainteresowanie ultramaratonem jest tak duże, że nie dość że jest losowanie to trzeba mieć uzbierane pkt z innych biegów żeby móc się zapisać. Za pierwszym razem zabrakło szczęścia, za drugim udało się ale impreza została odwołana ze względu na pandemię i tak 26.02.2022 roku o 7.30 stanąłem na starcie upragnionego biegu.

Początek jakieś 3.5 km podejścia w moim wykonaniu to był raczej marsz niż bieg, na pierwszym pkt odżywczym koło schroniska na Hali Szrenickiej doładowałem się żelkami i założyłem raczki tak aby nie zginąć na samym początku imprezy. Następnie pojawiły się pierwsze trudności: widoczność się zmniejszyła, zaczęło wiać szatanem poprzecznym i tak do drugiego pkt kontrolnego w schronisku Odrodzenie – w moim wykonaniu nadal przeważał marsz. W Odrodzeniu koło 16 km postanowiłem złapać chwilę oddechu napić się herbaty i zjeść parę ciastków co by mieć siłę na dalsze podbie…. – podchodzenie :). Na kolejnych kilometrach pojawiło się troszkę wypłaszczeń i wreszcie można było przyśpieszyć, na 24 km pojawił się Dom Śląski tam serce skradła mi wspaniała zupa pomidorowa która w znacznym stopniu podniosła moje morale przed podejściem na najwyższy szczyt Karkonoszy.

Po szybkiej przebiórce i „naładowaniu akumulatorów” rozpoczęło się podejście na Śnieżkę, warunki były na tyle niesprzyjające że przydatne stały się gogle i maska narciarska. Po dotarciu na szczyt rozpoczął się moment na który czekałem od samego początku zbiegi, duża ilość lodu sprawiła że raczki były błogosławieństwem. Czas mijał jakoś szybciej przeplatając zbiegi i wypłaszczenia, aż tu na 32 km pojawił się ostatni pkt z jedzonkiem. Szybkie napełnienie bidonków i leciałem dalej w znane mi już części trasy słysząc już w oddali metę, już witałem się z gąską, aż tu nagle zamiast skrętu w prawo do miasta pojawiło się podejście nieznanego pochodzenia. Powiem tak ostatnie km biegu wymyślał chyba jakiś tyran, najpierw w lewo, potem w prawo, góra dół i tak w kółko. Wreszcie pojawił się ostatni trudny, ze względu na wyślizganą trawę, zbieg i już moim oczom ukazał się cel końcowy.

Wbiegałem na metę w tłumie ludzi oklaskujących i gratulujących mi wyczynu, finalnie osiągnąłem wynik 8.48, myślę że mogłem dać z siebie więcej ale na tej trasie to był mój debiut także trochę się usprawiedliwiam. Podsumowując bardzo się cieszę że mogłem uczestniczyć w tym biegu, Karkonosze zimą są przepiękne, ludzie na pkt wspaniali tak jak i atmosfera całej imprezy, szkoda tylko że nie było więcej słońca no ale cóż nie można mieć wszystkiego. Całym sercem polecam ZUczKa wszystkim kochającym góry, bieganie i dobrą zabawę.

IMG_20220226_145017IMG_20220225_162301