Bieg Ultra Granią Tatr 2025 – relacja Szymona

Bieg Ultra Granią Tatr 2025 – relacja Szymona

(fot. Kuba Witos)

To chyba mój najmocniejszy sezon, odkąd biegam, ba.. odkąd trenuję pod okiem Maurycego. Niepokorny Mnich (97 km) w kwietniu, Rzeźnik (84 km) w czerwcu i creme de la creme polskich biegów ultra – Bieg Ultra Granią Tatr, który miałem przyjemność ukończyć w sobotę zanim w telewizji polskiej puszczono dobranockę.

Bieg Ultra Granią Tatr (BUGT) bo o nim dziś piszę relację, jest imprezą, w której nie wystartuje pierwsza lepsza osoba. Długi na 71 km z przewyższeniami ponad 5000 metrów (mnie wyszło 5400) oraz wyśrubowanym limitem czasu 16:30h. Na sam bieg dostać się nie jest tak łatwo. Trzeba wykazać się doświadczeniem na trasach o podobnym profilu, uzbierać odpowiednią ilość punktów kwalifikacyjnych oraz mieć szczęście w losowaniu. Mówi się, że jest to najtrudniejszy bieg górski w Polsce. Brzmi dumnie. Ale czy prawdziwie? O tym miałem się właśnie przekonać.

Ja swoje kwalifikacje miałem, a losowanie było dla mnie szczęśliwe już za pierwszym podejściem – dziecko szczęścia. Pozostał tylko okres przygotowawczy. Od maratonu na Malcie w lutym trenowałem niemal bez przerwy. Mnich był testem przed Rzeźnikiem, a po nim spontanicznie wrzucałem kolejne ultra i maratony w górach – Złoty Maraton w Lądku, Gorce Ultra Trail… Do tego treningi w Tatrach i rekonesans pierwszych 35 km BUGT. Te góry znały mnie już trochę.

Trasa ma trzy punkty odżywcze: Ornak, Murowaniec i Wodogrzmoty. I w trzy akty podzieliła się moja przygoda

Rozdział 1. START-HALA ORNAK (26 km, +2.000 m).

Siwa Polana. Jeszcze ciemno, a parking wygląda jak scena z jakiejś dziwnej ustawki – grupki ludzi w sportowych ciuchach krążą w tę i z powrotem. Atmosfera rześka, choć nie mroźna. Decyduję się na spodenki, koszulkę i rękawki – zestaw w sam raz, żeby wyglądać optymistycznie, a marznąć realistycznie. Ale co tam – na grani i tak wszystko wyjdzie.

IMG_20250823_032333 IMG_20250823_042841

537310764_1236406721858864_2326116811493646541_n IMG_20250823_042853

Z Krzyśkiem decydujemy się na wspólny bieg. Niepokornego i Rzeźnika pokonaliśmy ramę w ramię, więc i na Grani sobie poradzimy. Szybko przechodzimy odprawę w ramach której weryfikowane jest wyposażenie obowiązkowe narzucone przez organizatora (długie spodnie, folia NRC, bandaż, kurtka wodoodporna etc) oraz ustawiamy się na linii startu.

Słychać odliczanie, a potem tłum biegaczy rusza w noc. Wszyscy naraz, wszyscy równo, każdy naładowany energią, jakby w żołądku mieli Powerbanka zamiast owsianki. Tempo? Chyba w sam raz, choć Krzysiek  lekko hamuje byśmy nie szarżowali. Na starcie wszyscy są mistrzami świata – dopiero Tatry mają zweryfikować, kto naprawdę zna się na bieganiu, a kto tylko dobrze wygląda w legginsach. Pierwsze 7 km po asfalcie i szutrze – delikatne wprowadzenie. Potem Chochołowska i podejście na Grzesia (1652m), Rakoń (1876m)  i Wołowiec (2063m). Rozgrzewka? Może w teorii. W praktyce nogi już trochę kwękają, ale trzymamy fason. Na grani pięknie widać wąż biegaczy ginący we mgle. „Dobrze, że robiłem rekonesans” – żartuję – „bo chociaż wtedy coś widziałem”.

515436167_1749257375979274_6382720577196696008_n DEMO_BUGT_15

535302540_1749255782646100_580358550440174826_n DEMO_BUGT_16

fot. Konrad Ciężki (ZabieganyFotografik)

Na Wołowcu chowamy kijki przydają się ręce, żeby nie zaliczyć „dupozjazdu”. Gdzieś w okolicach Starorobociańskiego Wierchu Krzysiek zostaje w tyle, a ja słyszę, jak wzywa „kobietę, która oddaje się uciechom w zamian za nieopodatkowane gratyfikacje finansowe”. Jak się okazało, pierdyknął w kamień tak, że złapały go skurcze. Wiem jednak, że na zbiegach jest dużo mocniejszy ode mnie, więc lecę spokojnie swoje wiedząc, że i tak mnie złapie. I faktycznie – gdy ja mozolnie zbijam mięśnie o kamienie na zbiegu do Hali Ornak, Krzysiek mija mnie z tekstem: „Nie obijaj się!”.

Docieram równo po 4h45 min od startu, idealnie – zgodnie z planem. Przez punkt przeleciałem w kilka sekund. Nie, nie to bym czuł się na tyle mocny, by od razu ruszyć na dalszą część trasy. Ścisk w żołądku sprawił, że zanim coś mogłem zjeść, musiałem…zwiedzić schronisko 😉 Chwilę później łapę się z Krzyśkiem. Cola, arbuzy, pomidory z solą wchodzą jak tort w urodziny. Ze wszystkim zeszło i tak sporo za dużo, bo 15 minut, trzeba więc ruszać. Niestety Krzysiek melduje, że nie biegnie dalej – zjazd energetyczny, a on wie, co go czeka, bo BUGT już raz ukończył. Próbuję zachęcić, ale decyzję już podjął. Musiałem więc dalej ruszyć sam.

Rozdział 2. ORNAK – MUROWANIEC  (43 km, +3.700 m)

Ten fragment znam jeszcze z rekonesansu. Na przystawkę czeka nas długie podejście pod Ciemniak (2096m). Po (zbyt) długiej przerwie czuję, jakbym zaczął bieg od początku, siły wróciły. Mocno napieram na podejściu, a tam gdzie nachylenie pozwala – staram się podbiegać. Wyprzedzam tych, którzy stracili mniej czasu na punkcie. Pilnuję regularnego picia izo, elektrolitów oraz jedzenia żeli. Im dalej, tym tempo bardziej spada, a nachylenie, ale też i morale rośnie. Pocieszam się, że za Ciemniakiem zbiegi nie będą aż tak techniczne jak wcześniej i będę jeszcze w stanie coś nadgonić. Kolejne szczyty wpadają jak kolejne levele w grze: Ciemniak, Krzesanica (2122m), Małołączniak (2096m), Kopa Kondracka (2005m). Na trasie coraz więcej turystów. Krzyczę: „Uwaga, zawodnik!”, a oni ustępują, biją brawo. Każdy taki doping daje dodatkowy procent baterii. Energia wraca. Jeszcze tylko Kasprowy (1987m) i zbieg do Murowańca – moje czwórki jęczą, ale adrenalina niesie.

https://www.facebook.com/www.kuba.witosfotografia

fot. Kuba Witos

W Murowańcu ludzi jak na Krupówkach. To jak mała meta – kibice, doping, wolontariusze, którzy robią wszystko, żeby nas postawić na nogi. Ten punkt w moim subiektywnym odczuciu postawił na tyle wysoko poprzeczkę, że określiłbym go mianem „REWELACYJNYM”. Ledwie wbiegłem, a wolontariusz wziął ode mnie flaski by je uzupełnić, poznana na Kanarach Asia przekazuje michy przepysznej pomidorówki. Ta legendarna pomidorówka smakuje jak danie z Michelin’a. Czuję się jak VIP. Siedzę, jem, piję, a wkładający całe swoje serca wolo starają się, byśmy choć na chwilę zapomnieli o tym, co nas jeszcze czeka. A czekało nas najgorsze…

Któryś z kibiców mówi, że z tego miejsca odcinek do mety pokonał w 5h. U mnie na zegarku 8:50h… Gdyby się uwinąć, jest szansa „rozmienić” 14 godzin. Tego mi było trzeba, wrzuciłem na ząb pomidora z solą, arbuza, kubek coli i w 5 minut, odkąd dotarłem do tego punktu, byłem gotowy by ruszać dalej. Asia oraz pozostali Wolontariusze – raz jeszcze WIELKIE DZIĘKI!

Messenger_creation_D0A3BE9F-95AB-41FE-B54D-424B618EEC25 Messenger_creation_68DCC3F3-EA22-4937-BB7F-C9FBE09F6034 Messenger_creation_EAD690B6-A3A1-4273-AC68-B2BDEF3050CE

Rozdział 3. MUROWANIEC – WODOGRZMOTY (55 km, +4.800 m)

Ta część trasy to 14 kilometrów. „Tylko” – ale to najcięższy fragment trasy. Podejście na Krzyżne ciągnie się w nieskończoność. Nogi protestują, głowa szuka wymówek.  Krajobraz szybko się zmienił, roślinność zastąpiły kamienie, po których jeden po drugim przeskakiwaliśmy. Wiele o tym fragmencie słyszałem i czytałem. Miało być tak ciężko, miało być na trudno. A przede mną? Delikatny podbieg, choć w nieco urozmaiconym terenie… Aż dobiłem do punktu, gdy zostało mi tylko „150 metrów” podejścia ale … 300 metrów pionu. Ale, ale… że jak?! Podniosłem głowę i pierwszy raz na trasie zatrzymałem się. Zobaczyłem, jak pionowo w górze turyści w kaskach, plecakach wspinają się po pionowej grani. Łańcuchy, drabinki? Nie tym razem… Nasze sportowe stroje, czapki czy buffy w obliczu trudu tego fragmentu, wyglądały blado… Na taki pion psychicznie nie byłem gotowy, choć w duchu cieszyłem się, że podobny fragment pokonywałem w ubiegłym roku z Chódym, gdy biegaliśmy w Tatrach po słowackiej stronie. Jeżeli wtedy dałem radę to i teraz dam. Krzyżne i krzyż mi na drogę, jeśli podołam…

Jak wszedłem i nie spadłem? Nie wiem. Ale nie raz wchodziłem na czworaka, nie raz upewniałem się, czy stopa na pewno stabilnie trzyma się, bo gdyby się omsknęła, poleciałbym kilka-kilkanaście metrów w dół. Ostatni kilometr podejścia pokonuję w niemalże 30 minut. Serce wali mocą młota Thora. Kiedy jednak jestem na szczycie i widzę „TO” zejście, wiem, że przygoda jeszcze się nie kończy. Pionowe podejście jest również pionowym zejściem. Myślałem, że uda się odzyskać stracone minuty, lecz te jest równie trudne jak podejście. Skakanie z kamienia na kamień, siadanie na tyłku czy mozolne schodzenie – pierwsze 2 km i prawie 500 m w dół, pierwszy kilometr zajmuje mi 25 minut. MASAKRA. Trzeba uważać na każdy krok. W duchu dziękowałem Krzyśkowi, że przekonał mnie do zmiany butów na start – gdybym startował w uprzednio planowanych „Inov roclite” pewnie bieg kończyłbym bez paznokci. Kolejne kilometry zejścia są łatwiejsze, co nie znaczy lżejsze pod względem fizycznym. Podejściem i zejściem z Krzyżnego czuję się upodlony, a kolana od skakania z kamienia na kamień, coraz bardziej odczuwam. Na szczęście szybko pojawia się przyjemny zbieg do Doliny Pięciu Stawów i Doliny Roztoki, gdzie zaczynam masowo mijać umęczonych biegaczy. To mnie napędza i motywuje do dalszego biegu. Zmęczenie i kryzys gdzieś uleciały.

539054605_723162214030746_136253187992669699_n 540414424_723162334030734_4329046688132083640_n

(fot. Jakub Fiszer – Szuflandia)

Rozdział 4. WODOGRZMOTY – META (71,5 km, + 5.400)

Za Wodogrzmotami ostatni bufet. Piję, wyjmuję zapasowe flaski i ruszam. Całość nie zajmuje mi więcej niż 2 minuty. Jeszcze 16 km. W ultra to „już tylko”, ale ciało mówi: „nie żartuj”. W głowie mam jednak chęć by rozmienić 14 godzin, które cały czas jest realne. Miałem nadzieję, że trasa będzie bardziej biegowa, a była walka. Zaczęło się od podejścia na Rówień Waksmundzką, potem zbieg po kamieniach do Psiej Trawki. Czwórki dostają kolejny masaż młotkiem. Ale motywacja rośnie, bo wolontariusze mówią: „Przed tobą zawodnik, minuta różnicy”. Gonię. I faktycznie, wyprzedzam kilku. Nikt mnie nie mija. Hala Kopieniec, Nosalowa Przełęcz… już wiem, że 14 godzin nie złamię. Ale to nie ma znaczenia. Wbiegam na metę w 14:04, co również odbieram za osobisty sukces. Mimo ubitych nóg, na metę wbiegam w całkiem dobrej formie, z uśmiechem na twarzy – szczególnie gdy zobaczyłem Martę z Aurorą, Krzyśkiem i Jaśkiem. Marcie przekazuję złożone kijki, zaś z psiakiem – przyszłą gwiazdą biegów górskich – przekraczam linię mety.

 image00001 image00007

(fot. Zuzanna Suska)

***

To był kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty. BUGT to bieg, który nie wybacza błędów. Tu każdy kilometr jest walką, a każdy kryzys testem charakteru. Czy to najtrudniejszy bieg w Polsce? Możliwe. Na pewno jeden z najpiękniejszych i najbardziej wymagających. A ja? Choć nogi bolą, a mięśnie czują się jak kaszanka – już wiem, że wrócę. Bo serce mówi jedno: chcę więcej.

Szymon „Prezes” Drab