„Bez kija nie podchodź” – Bieszczadzkie wspomnienia Szakali

„Bez kija nie podchodź” – Bieszczadzkie wspomnienia Szakali

Powodów do startu w TYM biegu, każdy z nas mógłby wymieniać: Dzień Dziecka czy Dzień Biegacza, nowa przygoda, nowe wyzwanie czy… pierwszy pobyt w górach. Jednak jak ktoś chce się „przetyrać” – powodów szukać nie musi. Wystarczy zapisać się na któryś z biegów Festiwalu Rzeźnika. W tegorocznej edycji wzięła udział spora wataha Szakali. Każdy mógł wybrać coś dla siebie – począwszy od Rzeźniczka, po Rzeźnik SKY, a na Rzeźniku zakończywszy.

Krótkie wspomnienia i relacje znajdziecie poniżej:

[Szakale Krysia i Mariusz] – Bieg Rzeźnika

197776625_4015428761828293_9029865738355759591_nPierwszy i być może ostatni bieg na takim dystansie… aż 83 km. W Biegu Rzeźnika startowałam z moim kochanym mężem Mariuszem. Niecałe 3 godziny snu, pobudka o 1 w nocy, szybkie śniadanie i szykowanie się na bieg. O 3 już start… ciemno, zimno i zastanawianie się „co ja tu właściwie robię”… ale spotkanie pary znajomych wolontariuszy Mirka i Tereski podniosło nas na duchu… Kilka fotek przed startem i ruszamy!

Jeżeli napisałabym, że było łatwo i przyjemnie – skłamałabym. Bieg był wymagający i ciężki. Widoki cudne, rekompensowały wszystko, pozwoliły też „ustrzelić” piękne selfie. Najgorszym momentem biegu było prawie 2,5 km podejście na drugiej pętli, w okolicy 62 kilometra na Paportną. Kolejne podejścia i zejścia… W dodatku w milczeniu, gdyż Mąż z racji bólu gardła i chrypy, oszczędzał ilość wypowiadanych słów. Po drodze różne emocji od pozytywnych, po negatywne, radość i złość. Miło było spotkać ludzi po drodze, którzy gratulowali i motywowali – to napędzało nas na ostatnich kilometrach. Udało się nawet wyprzedzić 4 pary. Miałam wrażenie, że fruniemy z tej radości, że do mety już tak blisko…

Nie wierzyłam, że nam się uda tego dokonać… choć Mąż zawsze w nas wierzył… dokonaliśmy tego razem wspólnie i jestem mu ogromnie wdzięczna za to … I dziękuję, że wytrzymał że mną te 18 godzin i 14 minut…

[Szakal Szymen] – Bieg Rzeźnika

194146500_4718747951484924_817279515213042134_nBłoto. Nigdy w życiu nie widziałem go tak wiele. Może dlatego, że byłem tutaj pierwszy raz? Może dlatego, że pierwszy raz byłem w ogóle w górach? W sumie… czego mogłem się spodziewać? Postawiłem na spontaniczność i nie wertowałem specjalnie fachowej literatury. Czy to się opłaciło? Zobaczmy :)

Kiedy podczas jednej z szakalowych wycieczek Prezes Szymon rzucił luźno hasło: „ ciekawe czy ktoś chciałby pobiec Rzeźnika?”, nigdy w życiu nie pomyślałbym o tym, że to ja będę tym skazańcem do pary 😉 Nie truchtałem w końcu zbyt dużo. Czym było moje 100km pokonywane w miesiącu i zaledwie drugi rok biegania. A tutaj takie kosmiczne wyzwanie! Od czego są jednak marzenia… Grudniowy wieczór, pierwsze chwile zapisów na VII Festiwal Rzeźnika. Nie zastanawiamy się długo, pada decyzja – biegniemy. Nazwa naszej drużyny także nie pozostawiała złudzeń – DualSim narobi hałasu w Bieszczadach!

Po przyjeździe w Bieszczady pogoda nie była dla nas zbyt łaskawa. Przez pierwsze dwa dni każdy spacer kończył się deszczem czy nawet gradem. To mogło oznaczać jedno… jeszcze więcej błota na trasie naszego biegu. Nawet za bardzo się nad tym nie zastanawiałem. Przyjechałem tutaj, trzeba więc pobiec. Start zaplanowaliśmy na dzień dziecka. Szkraby lubią taplać się w błotku, więc może stąd u nas ta symbolika? Może lepiej się po prostu nad tym nie rozwodzić 😉 No i wybiła wreszcie nasza godzina zero…

Wtorek, 1 czerwca. Po kilku krótkich chwilach snu (zebrało się jakieś 3 godziny) pora wstawać i ruszać do boju. Przede mną jeszcze 25km dojazdu autem do Cisnej i melduję się na starcie. Jest godzina 2:45. Humory dopisują, nie wiemy jeszcze co nas tak naprawdę czeka 😉

Start miał w sobie coś magicznego. Mrok rozświetlany jedynie czołówkami, gorąca atmosfera zawodów, samego tego miejsca. Aż ciężko przypomnieć sobie te emocje. Adrenalina zrobiła pewnie swoje. Przeprawa przez Solinkę… szło jak po sznurku 😉 …ale tylko dzięki kijkom. Nie wyobrażam sobie wdrapywania tutaj gdziekolwiek bez pomocy kijków, z którymi de facto debiutowałem podczas tego biegu. Pierwsze podejścia na masyw Jasła – jeszcze nieśmiałe, w ciemnościach. No i wreszcie esencja górskiego biegania – piękno wschodu słońca. Uświadomiliśmy sobie jedno – więcej będzie tutaj błotnego szaleństwa niż właściwego biegania. Po kilku głębszych zanurzeniach moim stopom było już jednak wszystko jedno. Charakterystyczne dźwięki błotnistych klapnięć towarzyszyły nam już właściwie do samej mety. Wspinaczka na masyw Hyrlatej, a potem kilka płaskich odcinków (Solinka, Balnica, Maniów), gdzie nadarzyła się okazja do szybszego pobiegania. Niewiele jednak tego było. Dalej przełęcz Żebrak, podejście na Wołosań i powrót do Cisnej. Kończymy pierwszą pętlę naszej wyprawy.194279053_4718748194818233_3028979575975911031_n

Upragniony przepak na 43km. Doprowadzamy się do ładu, jemy pożywny makaron. Postanawiam nic nie zmieniać – strój, buty… wszystko zostaje tak jak jest. Prezes reanimuje stopy, zmienia buty na jedynie słuszne i jest jak nowonarodzony. Akumulatory doładowane, dostajemy nowej energii i ruszamy dalej na drugą pętlę. Tutaj początek podobny – Rożki, a dalej wejście na Jasło, Okrąglik i Ferreczatą. Upływają kolejne kilometry. Wreszcie następna okazja do szybszego biegania – zejście w kierunku Smerka i kolejny punkt odżywczy na 60km. Uzupełniamy płyny i wspinamy się dalej. Po małych zawirowaniach z kierunkiem trasy obieramy właściwy kurs, który oznacza jedno – najwyższe punkty wycieczki. Zdobywamy szczyt Paportna, Rabią Skałę oraz słowacki szlak graniczny z Płaszą. Teraz będzie już tylko „z górki”, lecz raczej tylko dosłownie. W międzyczasie na wietrznych połoninach dopada nas piękny zachód słońca. W głowach jedna myśl – trzeba się spieszyć. Na szczęście póki co starcza jeszcze sił i mimo około 75km w nogach nie łapią żadne skurcze. Powrót do skrzyżowania pętli i lecimy w dół prosto do Cisnej. Szymon zrozumiał to „lecimy w dół” trochę zbyt dosłownie, ale o tym za chwilę. Robi się naprawdę ciemno. Doganiamy parę przed nami. Chłopaki z Koszalina też już chcieliby zakończyć tę wyprawę. Wspieramy się wzajemnie rozmową na finałowych kilometrach, czas szybciej mija. Oczywiście im bliżej mety, tym więcej błota na ostatnich metrach. No i masz! Poleciał w dół mój towarzysz bieszczadzkiej niedoli. Pomagamy, nic się nie stało… do mety się zagoi 😉 Otrzepał się i wychodzimy wreszcie z lasu. We czterech przekraczamy linię mety. Szczęście i radość. No i błoto. Wszędzie błoto… ale naprawdę to zrobiliśmy!

Dla mnie ta pierwsza wycieczka w góry to niewątpliwie wspaniała przygoda. Jak już jechać 450km od domu to trzeba wkroczyć na szczyt z przytupem – zrobić blisko 90km na biegowo i podziwiać bieszczadzkie piękno krajobrazu. Cieszę się, że mogłem uczestniczyć w kultowej imprezie, jaką jest Festiwal Rzeźnika. Na pewno pomogła mi obecność na trasie mojego imiennika, którego doświadczenie na górskich szlakach bardzo ułatwiło nam tę nietypową błotną wyprawę. No i było się też do kogo odezwać przez ten nie krótki w końcu czas 😉 Szakale narobiły więc szumu i z pewnością rozsławiły dobre imię Klubu Sportowego Szakale Bałut z miasta Łodzi. A czy mnie osobiście naprawdę tak bardzo się to podobało? No cóż… w sierpniu kolejna górska wycieczka biegowa :)

[Szakal Szymon] – Bieg Rzeźnika

Dzień startu. Budzik zadzwonił punktualnie o 2. Po rwanych 3 godzinach snu czułem się wypoczęty. Adrenalina buzowała, a podskoczyła jeszcze bardziej, gdy po huku strzelby, o 3 w nocy ruszyliśmy przed siebie. Noc, światła czołówek i pierwsze podejście na masyw Jasła na Wyżną i Rożki. Piękny wschód słońca, który wprawa w kosmiczny trans – dla takich chwil, tych kilku sekund napawania się widokiem wschodzącego słońca warto wstawać, męczyć się i biegać. Lecz czasu na podziwianie nie było. Zbieg w dół do Lisznej i ponowna – po przecięciu strumienia – wspinaczka dalej na masyw Hyrlatej. Już pierwsze kilometry uświadomiły nam, z czym zmagać się będziemy przez dalszą część trasy – istny festiwal błota. Ja w głowie podśpiewywałem sobie, parafrazując, szanty:

Sześć błota stóp

Plecak za dwóch

A wokół tylko bagna

Zawyj do księżyca, bo nadszedł nas czas

Wrzućcie nas w Bieszczady

Niech meta ukoi ból nasz

Po 43 kilometrach wróciliśmy do Cisnej na „przepak”. Moje stopy zaczęły wyć z bólu. Mokre buty przez prawie cały odcinek pierwszej pętli zostawiły pamiątkę w postaci odparzeń i odcisków. Przerwa na przepaku była więc nieco dłuższa niż zakładana – musiałem reanimować swoje stopy. Udało się. Tankuję wodę, dorzucam batony i żele energetyczne i jestem gotowy. Na drugą pętlę ruszyłem jako nowonarodzony. Początek z Cisnej wiedzie tą samą trasą – do Rożek, a następnie w kierunku Małego Jasła i Dużego Jasła. Następnie po stronnym zbiegu do Smerka, ponowna wspinaczka na szczyt „korony” – Paportna, Rabiej Skały i Dziurkowca. Dalej Ptasza, ponownie okolice Dużego i Małego Jasła i „spokojny” powrót do Cisnej. Ostatnie fragmenty trasy, na błotnych zejściach, pokonywaliśmy już w całkowitych ciemnościach. Chwila nieuwagi, poślizg na błocie, korzeń ….. i BUM. Runąłem z fikołkiem, głową w dół na ziemię. Musiałem wstać przy pomocy towarzyszy niedoli. Ręce całe, lekki ból lewej nogi, ale stoję – czyli nic nie połamałem. Jak się okazało nazajutrz – połamał się tylko kijek, który przyjął na siebie cały ciężar i zamortyzował upadek.

Spokojnym truchtem przekroczyliśmy linię mety. Nie było lekko, ale satysfakcja z ukończenia tego nietypowego biegu, była i jest niesamowita! Świadomość w jak trudnych warunkach przyszło nam biegać w Bieszczadach na pewno pozostaną na długo. A „nigdy więcej ultra”, które mruczałem nieśmiało dość szybko minęło. Szakale niebawem zawitają więc na Chudym Wawrzyńcu 😊

[Szakal Adam] – Rzeźnik Sky

195861911_2836987626631822_7945323491252152268_nDo biegu Rzeźnik Sky przygotowywałem się od ostatniego startu w Cisnej w 2020 roku, kiedy to Rzeźniczka ukończyłem z czasem 03:42:24. Wydolnościowo i siłowo byłem przygotowany, jednak splot wydarzeń pokrzyżował mi plany… ale od początku. Do Terki, miejscowości położonej 24 km od Cisnej przybyliśmy licznie, bo całą rodziną już o godzinie 10:30 w piątek, a to dlatego że córka znacznie lepiej znosi podróż gdy śpi 😊

Po rozpakowaniu i lekkim odpoczynku udaliśmy się do Cisnej po odbiór pakietów startowych, ze względu na lekki poślizg organizatora czekaliśmy w kolejce jakieś 45 minut. Po powrocie do Terki wreszcie nastał czas na odpoczynek i przygotowanie do biegu, zaczął udzielać się również lekki stres. Następnego dnia ok. 6:20 przybyłem do Cisnej na start, nie skorzystałem z depozytu ze względu na to, że druga pętla przebiegała przez miasteczko festiwalowe położone u podnóża rzeki Solinki przy kompleksie sportowym, gdzie zawsze parkuję auto. Na starcie tuż przed rozpoczęciem zawodów spotkałem Szakala Arka Iskrę. O godzinie 7 ruszyliśmy pod górę w kierunku szczytu Mochnaczka (Jeleni Skok). Niestety ze względu na wąski szlak, grupa biegaczy ok. 100 osób ustawiła się w kolejce do wejścia na szczyt. Przy pierwszym zbiegu jak i kolejnym następnym wyłączyły mi się hamulce, euforia wzięła górę leciałem jak szalony, czułem się bardzo pewnie, nie było mokro, trasa nie była jeszcze wybiegana. Idealne warunki ok. 12 stopni, brak deszczu i wiatru. Niestety ok. 20 km złapał mnie skurcz w okolicy pachwiny, zatrzymałem się, rozciągnąłem mięsień, jednak po chwili znowu to samo. Jakoś doczłapałem się na przepak, uzupełniłem magnez, zjadłem pożywny posiłek, posmarowałem nogę maścią, ale po chwili znowu to samo… skurcz ścięgna od pachwiny do kolana. Musiałem podjąć jedyną słuszną, acz bolesną decyzję – postanowiłem zrezygnować. Dzisiaj wiem, że byłem przemęczony i nierozgrzany odpowiednio na zbiegach, zapaliłem dosłownie mięśnie i taki był skutek. Wczoraj (2.06.) zrobiłem lekki trening 10 km i uważam, że gdybym wczoraj wystartował to bym bieg ukończył, gdyż zdążyłem się zaaklimatyzować i odpocząć, a w między czasie udaliśmy się na kilka pieszych wędrówek.

195489550_508261757258168_3931232441647360640_n

[Szakal Arek] – Rzeźnik Sky

192936823_2090121521126317_6896034860713085488_n

Bieg Rzeźnika Sky był dla mnie mega przygodą. Teraz jestem pewny, że tylko w terenie chcę biegać. Rok temu biegłem Rzeźniczka i żałowałem, że nie pobiegłem Sky, a teraz żałuję, że nie poleciałem pełnego Rzeźnika . A co najważniejsze jak na nowego Szakala chyba dobrze się wkupiłem w szeregi 😉 Startowałem w pierwszy dzień, jeszcze nie padało, więc trasa idealna. Błoto tylko na małym odcinku, ale kąpiel w strumyku załatwiła sprawę. Trasa urozmaicona, najlepsze odcinki biegły wzdłuż strumyków. Trudność trasy: pierwsze kółko czerwone wyjątkowe łatwe, ale za to żółta pętla od 35 kilometra weryfikowała przygotowania do biegu.

193374446_2090118341126635_2800986174473719714_n 193255988_2090117767793359_3771636844158927191_n 192716765_2090115744460228_156001349491738913_n

[Szakal Ewa] – Rzeźniczek

190360457_293540802445467_4371375318173537004_n

Na mój debiut w biegach górskich wybrałam bieszczadzkiego Rzeźniczka, dystans 28km, odpowiedni do mojego przygotowania treningowego. Startowałam w środę, gdzie grupa Rzeźniczków nie była zbyt liczna, dlatego większą część trasy biegłam samotnie. Pierwsze 2/3 trasy pokonałam w niespełna 2h, ale zachowałam siłę na wyższe górki: Okrąglik, Jasło, Szczawnik i Małe Jasło, które zaczęły się zaraz po punkcie z wodą na 16km. Ostatnie kilometry przed metą to długie, strome i śliskie zbiegi, zakończone błotnym wąwozem. Już tam słychać było doping z orlika, jeszcze tylko przeprawa przez rzeczkę i wbiegam na metę z czasem 3h57′ jako 11 w K40, a 36 w K-Open. To była fantastyczna biegowa przygoda, chętnie powrócę tu za rok.

[Szakal Sylwia] – Rzeźniczek

196803643_180247527263555_2243050359168723628_nGdy poprosił mnie Szymon abym napisała kilka słów o biegu Rzeźniczka ogarnęło mnie przerażenie. Jak w kilku słowach opisać to co przeżyłam, widziałam i czułam? Mimo, że emocje już opadły to wcale nie jest łatwiej.

Tak więc zacznę od początku – uczestnictwo w VII Festiwalu Biegu Rzeźnika było moim skrytym marzeniem, tym bardziej, iż zeszłoroczny debiut został pokrzyżowany przez jakże wszystkim znanego bezczelnego typa o imieniu Covid. Był to mój pierwszy bieg górski, więc trema przed startem była ogromna. Tu wszystko było inne, począwszy od startu, na który dowozi nas słynna wąskotorówka, trasy biegu, jak i mety oraz tych wszystkich ludzi na nią wbiegających.

Na samym biegu nie było łatwo, trasa była ciężka, wymagająca, ale urokliwe bieszczadzkie widoki rekompensowały mi wszystko. Biegnąc nie wiedziałam co jest gorsze, męczące strome podbiegi czy zbiegi, wystające korzenie, kamienie, nierówne wąskie dróżki czy błoto i słońce, które paliło niemiłosiernie. Teraz już wiem, iż to wszystko stanowi nierozerwalną jedność która sprawia, iż w ten rejon Polski ściąga mnóstwo biegowych wariatów. Rzeźniczka skończyłam z podniesioną głową, dumna z siebie bo najważniejsze w życiu to mieć pasję, realizować ją i cieszyć się razem swoim szczęściem. Piszę „razem”, gdyż oprócz mnie w biegu uczestniczyło grono moich biegowych przyjaciół, zarówno Szakali jak i Ola.

Teraz wiem, iż radość z ukończonego biegu na dobrym miejscu jest duża, ale gdy kończymy go razem jest ogromna. Do dziś przed oczami mam Krysię i Mariusza, gdy wrócili po ukończonym Rzeźniku. Całe spektrum emocji bijące z ich twarzy i ten podziw w oczach Mariusza dla swojej żony sprawiło mi radość i pozwoliło uczestniczyć razem z nimi w tym szczęściu. Mój debiut w biegu Rzeźniczka uważam za bardzo udany i parafrazując słowa klasyka: „ja tu jeszcze k…a wrócę”, ale tym razem może sięgnę nieba :)

198831938_2941252826156205_2682720504400815842_n