Gruby na Chudego. Chudy na Grubo. Czyli jak spełniać marzenia – relacja z Chudego Wawrzyńca 2021

Gruby na Chudego. Chudy na Grubo. Czyli jak spełniać marzenia – relacja z Chudego Wawrzyńca 2021

Prolog

Sobota. Gdzie jest Marta? Miała być tutaj po 14 godzinach licząc od godziny startu. A czy przewidziała, że mogę być wcześniej? Nie mogła, bo nigdy dotąd nie udało się zrealizować biegu ultra przed zakładanym czasem. Bolą mnie nogi. Siadam. Słońce jeszcze wysoko, ale ja ciepła już nie czuję. Już. Jeszcze przed chwilą parne powietrze utrudniało oddychanie. Oczy… Oczy są wilgotne, mimo suchego powietrza. Łzy same napływają. Czy to z bólu? Zmęczenia? Ulgi? Wzruszenia? Radości? Nie wiem… W głowie mam galimatias. Ostatni raz to uczucie towarzyszyło mi … blisko 11 lat temu po ukończeniu pierwszego maratonu. Pojawia się Bartek z zimnym piwem. Zimny smak chmielu przywraca mnie do żywych…

Poznajcie moją historię. Historię spotkania z Chudym Wawrzyńcem.

Jak czytamy na stronie organizatora „Chudy Wawrzyniec narodził się z lokalnej tradycji czczenia pamięci Św. Wawrzyńca, męczennika, który zginął w ogniu. Mieszkańcy okolicy palą w tych dniach wielkie, strzelające w niebo ognisko zwane Hudami. Tak więc Wawrzyniec w sumie powinien zwać się Hudy (…)

Trasa ultramaratonu, od pierwszej jej edycji z Rajczy, prowadzi przez Rachowiec do Zwardonia, by dalej – wzdłuż granicy ze Słowacją, wspominać się na Wielką Raczę, zahaczyć o schronisko na Przegibku oraz na Wielkiej Rycerzowej zadać pytanie „być” – (80+) albo „nie być” (50+), czyli albo zbiec przez Muńcoł do Ujsołów lub wybierając dłuższy wariant trasy do Przełęczy Glinka, skąd przez Krawców Wierch, Halę Rysianka i Lipowską dociera się, po blisko 82 kilometrach, do upragnionej mety. Limit na pokonanie obu tras (50 i 80 km) jest jednakowy i wynosi 16 godzin.

Tegoroczna edycja na starcie Rajczy zgromadziła łącznie 675 zawodników na oba dystanse.

Akt I – PRZYGOTOWANIA

Gdy w marcu podjąłem spontaniczną i – co oczywiste- niezbyt przemyślaną decyzję o udziale w Chudym Wawrzyńcu, rozdzwoniły się telefony. Czołowi zawodnicy, trenerzy z przedrostkiem „ultra” zapraszali mnie do swojej „stajni talentów”. Uprzejmie odmawiałem każdemu 😉. Z wyjątkiem jednej osoby. Bałuciarz. W dodatku Szakal. Kto więc, jeśli nie Maurycy, mógłby mnie przygotować do tego arcytrudnego wydarzenia? Nikt. A apetyt miałem duży – w tym pokonanie samego Marcina Świerca, w którego książce ostatnio się zaczytuję …

Mimo, że z bieganiem w większym, bądź mniejszym (czyli od dobrych ostatnich 6 lat) stopniu mam styczność, pierwszy raz w życiu mogę powiedzieć, że trenuję. Solidnie rozpisane treningi, uwzględniający każdy możliwy aspekt w fazie przygotowań. Jednak treningi biegowe to jedno, a aspekt ‘fizyczny’ to drugie. Jak sama nazwa Wawrzyńca wskazuje „Chudym” musiałem również wystartować… Ten cykl rozpocząłem jednak kilka miesięcy wcześniej. W dacie biegu ubyło mnie więc …. 15 kilo, co pięknie prezentują poniższe fotki:

Fot. Archiwum własne.

Fot. Archiwum własne.

Fot. Andrzej Olszanowski

Fot. Andrzej Olszanowski

Akt II – SZAKALE WYJĄ W NOCY. Start  (Rajcza) – Zwardoń – Schronisko na  Przegibku.

Jest 3:30 w nocy. Normalni ludzie śpią o tej godzinie. Normalni… Ja widzę setki zgromadzonych ludzi z jakimiś plecakami. Twarze rozświetlają latarki czołówek. Jest chłodno ergo szykuje się szybkie bieganie. Spotykam Monikę i Szymona, mojego Rzeźnickiego partnera. Oni totalny luz, ja czuję napięcie. Wymiana zdań, wspólne zdjęcie i zaraz ruszamy na start. Szybkie odliczanie, odpalone race i…. RUSZAMY!

fot. Maciej Sowa

Od Szakalowej, skromnej, watahy szybko się odłączam. Oni sobie dadzą radę – gadatliwość Moniki i Szymona pozwoliłaby im na wspólną przebieżkę po trasie Spartahlonu, ja natomiast skupiony na biegu postanowiłem – chyba pierwszy raz – pobiec na miarę własnych możliwości. Jakich? Tego się dopiero dowiemy.

Dystans 80+ był dla mnie wielką niewiadomą. Co prawda w czerwcu miałem już z takim do czynienia w ramach Biegu Rzeźnika, ale to była inna para „kaloszy”. Inny etap przygotowań, inne warunki oraz inne okoliczności zdrowotne (kilka dni przed Rzeźnikiem skończyłem leczenie antybiotykami). Na ile mogłem sobie pozwolić? Jaki wynik by mnie satysfakcjonował? Pewien pomysł na bieg podrzucił mi nieświadomy „Szakal Błotny” Dominik, kiedy w jednym z komentarzy napisał mi: „Dasz czadu. Chódego się nie bój”. – no tak, przecież „Szakal Chódy” nosi „Chudą koronę” zdobytą dwa lata temu. Jego wynik 13:59:39 był wynikiem „marzenie”, na który zdecydowałem się zapolować. Rozpisałem sobie więc jego międzyczasy na własnym numerze startowym:

„1” – Zwardoń: 1:15:47
„2” – Przełęcz Przegibek – 5:01:07
„3” – Przełęcz Glinka – 9:38:53

Trzy punkty, które miały być moim odniesieniem w jak ciemnej „d” jestem…  Ciemno było również, gdy po pierwszych kilometrowych odcinkach opuściliśmy Rajczę. Szeroka asfaltowa droga szybko przechodzi w wąska, pnącą się w górę dróżkę. Dziesiątki ledowych latarek zdają się nie kończyć. Przed nami pierwsze z podejść – Rachowiec, które „łykam” bez większych problemów. Tempo bez „ułańskiej szarży”, ale też nie oszczędzam się. Żwawym tempem lecę krok za krokiem. Tuż za Rachowcem wyłączam czołówkę. Ciemne kontury nabierają wyraźnego kształtu. A pomarańczowa barwa wschodzącego słońca nadaje kolorytu. I to jakiego! KOCHAM GÓRY. Nie tylko ja zatrzymuję się, by złapać migawkę wspomnień. Dla takich chwil warto wstać. Warto czuć zmęczenie. Warto biegać. Choćby na chwilę. Obiektyw telefonu „złapał chwilę” i ruszyłem dalej w trasę. Wynik „Chódego” na pierwszym punkcie kontrolnym oddalał się, ale nadal chciałem mieć go w zasięgu. Kiedy wybił dziesiąty kilometr, zgodnie z planem załadowałem pierwszy żel i ruszyłem żwawo w dół „odpikać” pierwszy punkt kontrolny na przełęczy Zwardoń.

Fot. Rafał Bielawa

Charakterystyczny dźwięk. 1:20:45. Już na starcie 5 minut „w plecy” – czy ja tak zamulam, czy „Chódy” taki wyrywny? Nie planowałem szczególnie rwać do przodu. Tempo, które sobie narzuciłem dawało mi komfort, który byłem w stanie utrzymać przez następne kilometry.

A po nocy przychodzi dzień,
A po burzy spokój,
Nagle ptaki budzą mnie
Tłukąc się do okien
Lecz po nocy przychodzi dzień…

Jak rozplanować siły? Mocny start to cierpienie później. Wolny bieg – to również cierpienie, tyle że wynikające z czasu na nogach oraz czasu spędzonego na słońcu. Słońca, które niejednokrotnie dorzucało mi „krzyż” do ciężkiego już plecaka. Wczesny start, miał więc swoją jedną wielką zaletę – brak słońca. Fakt ten zdecydowałem się wykorzystać, choć szczęście i tak sprzyjało – przez większą część dnia były ono schowane za chmurami.

fot. Tomasz Pawlicki

fot. Tomasz Pawlicki

25,5 kilometr trasy – Wielka Racza. Pierwszy nieoficjalny punkt żywieniowy, w którym można uzupełnić wodę. Ja w biegu pochłonąłem kolejny żel, wrzuciłem shota magnezowego i nawet nie zatrzymując się pomknąłem dalej w kierunku Jaworzyny. W zasadzie ta część trasy została – chyba mimowolnie – wyparta z mojej pamięci. Gdzieś wymieniłem kilka zdań z zawodnikami czy biegną na 50 lub 80, gdzieś zachłysnąłem się piękną panoramą, lecz głównie myślałem o powiększającym się dyskomforcie. Czy to już? Za szybko zacząłem? W żołądku czuję gulę, która chwilami zmusza mnie do marszu…. Chyba przesadziłem z grillowymi potrawami wespół michą makaronu w ramach „pasta party”. Długie monotonne minuty na szczęście gdzieś uleciały, gdy dotarłem do pierwszego punktu żywieniowego na Przełęczy Przegibek.

Zerknąłem na zegarek – 36 km/ 4:57:05 – czyli przed „Chódym” – jest dobrze!

Napisałem do Żony smsa: „36 km, 4:57, 10 min przed czasem. Boli. Ale idzie.”, a następnie postanowiłem nade wszystko wrócić do żywych.

W schronisku jak w raju… Stoły uginały się od jedzenia: drożdżówki, jagody w śmietanie, kabanosy, arbuzy, pomarańcze, suszone owoce… Wszystko co mogło postawić na nogi, ale też i zniechęcić do dalszego biegu (od przejedzenia). Stosując starą sprawdzoną metodą, wypiłem 2 flaski wygazowanej coli by reanimować żołądek. Pomogło. Wcisnąłem kilka arbuzów, kabanosy, uzupełniłem bukłak i flaski i nie tracąc czasu ruszyłem dalej.

Akt III – Oszukany po dwakroć. Byle do przełęczy Glinka.

Podchodząc na Wielką Rycerzową, w zasadzie na samym początku podejścia spotkałem Majkela, mocnego reprezentanta z Łodzi. Nie był zachwycony – kontuzja. Plany mocnego biegu na 80+ musiały zostać zweryfikowane do ukończenia krótszego dystansu. Rzuciłem słowa otuchy i poleciałem do przodu. Poczułem, że żyję i że wróciły siły. Czekały mnie 5 km wspinaczki do rozwidlenia gdzie ostatecznie miałem zdecydować, czy lecę trasę 50 km, czy porywam się na 80+. Trasa nie była uciążliwa, lecz gdzieś w głowie kręciły się myśli – a może jednak skrócić bieg? Na rozwidleniu wszystkie osoby, które poruszały się przede mną skręciły w lewo – na „50-tkę”, natomiast ja, ucinając jakiekolwiek spekulacje, które rodziły mi się w głowie, skręciłem w prawo na Przełęcz Przysłop. Kości zostały rzucone, mosty spalone – nie zawracam!

Mniej więcej 41,5 kilometr trasy, na mapie organizatora określona mianem „Ściany Płaczu”: „Chwilę po radosnym zbiegu na długą trasę trafiasz na paskudą ściankę. 130 metrów próby charakterów. „Może trzeba było pobiec krótką”?”

Jak i kiedy wszedłem – nie wiem. Wiem, że podejście dłużyło się niemiłosiernie, mimo, że wchodziłem z kijkami. Skoro nie jest to ten słynny Oszust, to co dopiero przeze mną? Kilka lżejszych kilometrów – by znowu stanąć przed ścianą. Gliniaste, śliskie podejście, które kilkukrotnie pozbawiło mnie chęci do walki. Oszust. Zakosami starałem podchodzić tak, by znajdować możliwe suche fragmenty i powoli napierać do przodu. Ostrożne – byle bez poślizgu w dół, który mógł zakończyć się skurczem. Niekiedy miałem wrażenie, że poruszam się pod prąd ruchomych schodów. „Teren wnosi się czasem tak stromo, że nawet najtwardsi będą musieli podpierać się nosem” – czytamy na stronie organizatora. Jakże pięknie oddaje to charakter Oszusta.

Fot. Mateusz Stodolski

Fot. Mateusz Stodolski

Szczyt Oszusta nie był jednak końcem problemów. Zbieg nie był wcale łatwiejszy – przecinające liście słońce utrudniało poruszanie się. Nie widziałem miejsc, gdzie stawiam stopę przez co załapałem kilka niekontrolowanych poślizgów. Zwolniłem. Lepiej wolniej, a całym niż szybciej i połamanym.

Za Oszustem dogonił mnie Tomasz z Piotrkowa Trybunalskiego, z którym miła pogawędka o bieganiu, ultra i innych około biegowych tematów odwróciła uwagę od zmęczenia i monotonni trasy.

Do Przełęczy Glinka dobiegamy w dobrych nastrojach. 57,5 km trasy / 8:45:32. Chódy miał tutaj 9:38:53 – ŚWIETNIE! Jest szansa na 12:30-13 godzin! Byle utrzymać tempo!

Ponownie reanimuję żołądek flaskami coli, przegryzam bułkę z serem, kabanosy, arbuzy i dalej w trasę – zdobywać Grubą Buczynę. W głowie powtarzam sobie „jeszcze tylko 13 kilometrów, byle do 70-tki, a dalej to już tylko dycha w dół”. Na przełęczy Bory Orawskie przy podejściu na Trzy Kopce czułem już uciekające siły. Zbieg w kierunku Hali Lipowskiej już nie był tak żwawy jak wcześniej – Tomek z dwóją innych biegaczy wyrwał do przodu, a ja mozolnie, spokojnie pokonywałem kolejne kilometry.

236134347_4635051096559268_797909712918558380_n

Fot. Jacek Deneka ULTRALOVERS

Akt IV – SKY IS THE LIMIT. Chódy bez korony.

Schronisko na Hali Lipowskiej. Tłumy ludzi. Tylko tutaj – wcześniej na trasie jak na pustyni. Nie zatrzymuję się jednak i truchtam swoje. Zza pleców słyszę „No Witamy ponownie!”. To Tomek z dwóją biegaczy, którzy wcześniej pognali do przodu. Co oni robią za moimi plecami? Jak się okazało, zahaczyli o schronisko podładować akumulatory butelką coli. Ile dałbym za butelkę coli… Jeszcze tylko kilka km… Panowie znów wyrwali do przodu na kamienistym zbiegu. Ja odwrotnie – na niepewnym podłożu przechodziłem do marszu, a tam gdzie droga była względnie równa – truchtałem.  W tle było słychać muzykę. Zbliżam się. Zerkam na zegarek – 12:31, 12:33, 12:34… Czy uda się złamać 12 godzin i 40 minut? Na polnym, porośniętym chwastami zbiegu pojawia się tabliczka „1 km”… 6 minut. Podmuch gorąca uderza mnie w twarz. Odbiera siły. Jest szansa, więc muszę wykrzesać z siebie ich resztkę. Lecę w dół, ktoś pokazuje drogę, skręcam i wybiegam na główną ulicę Ujsołów. Daleko jeszcze? Nie mam już sił. Słońce grzeje, odbiera chęci… Z kim ja się właściwie ścigam? Czy jak ukończę minutę później to świat się zawali? Znam te bajki. Pojawiają się na każdym biegu. Bywało, że ulegałem, ale nie tym razem! Jeszcze jeden zakręt. Mostek i brama z napisem „META”. Finisz!

236565434_4630572003673844_4901509679873063326_n

fot. Tomasz Pawlicki

Epilog

Udało się! Linia mety przekroczona po 12:38:54, co pozwoliło mi zająć 67 miejsce w klasyfikacji generalnej i 9 miejsce w Mistrzostwach Polski. Nie spodziewałem się takiego wyniku! Co więcej, pozwoliło mi to być wyżej od samego Marcina Świerca (który dowiedziawszy się, że biegnę – zszedł z trasy 😉). Zmęczony opadam na leżak rozłożony nieopodal mety. Dziękuję, ale na tym moja zabawa z ultra się kończy… *

Fot. Katarzyna Gogler

Fot. KatarzynaGogler

***

W tym miejscu pragnę podziękować Maurycemu, za to, że tchnął we mnie nowe biegowe zwierzę i doprowadził do formy, której nie miałem od lat.

Dziękuję również wszystkim trzymającym kciuki – za to, że wierzyliście, nawet gdy ja w siebie nie wierzyłem.

A teraz garść statystyk:

Dystans: 83 km
Przewyższenie: +3563/-3474 m
Spalone kalorie: 7098
Średnie tempo: 9:11/km
Sprzęt:

  • Buty: Hoka Speedgoat 4
  • Sprzęt: skarpetki x-socks sky run two, opaski kompresyjne na łydki CEP, spodenki ronhill tech marathon twin, koszulka Szakali, plecak Ultimate Direction, kije biegowe Dynafit vertical running, chusta wielofunkcyjna z Chudego Wawrzyńca.
  • Plecak: softflask 0,5 l + 0,3 l z izotonikiem, bukłak 1,5 l, kurtka przeciwdeszczowa, telefon, mapa z profilem trasy, folia NRC, czołówka, żele 10 szt. (w tym 6 zjedzonych na trasie), kabanosy (na czarną godzinę), 5 batonów (w tym 3 zjedzone na trasie), 4 shoty energetyczne.

W biegu wzięło udział 675 zawodników, z czego 468 pokonało Chudego 50+ (9 osób DNF), a 191 osób ukończyło trasę 80+ (7 osób DNF)

 

*Po wypiciu piwa trzeźwe myślenie wróciło i już planuję powrót do Rajczy w przyszłym roku. Tym razem zmierzyć się z legendarną 100-tką.