W głowie Hardcore, w duszy Hawaje. Czyli jak (nie)debiutowaliśmy w Rzeźniku. Relacja Szymona i Adriana.

W głowie Hardcore, w duszy Hawaje. Czyli jak (nie)debiutowaliśmy w Rzeźniku. Relacja Szymona i Adriana.

Bieg Rzeźnika, nie jest biegiem dedykowanym zawodom rzemieślniczym osób zajmujących się ubojem zwierząt rzeźnych i ich obróbką. Jest natomiast jednym z najstarszych biegów ultra organizowanym w Bieszczadach. Osiemdziesięciokilometrowa trasa wiedzie bieszczadzkim czerwonym szlakiem z Komańczy przez Cisną, góry Jasło, Paportna, Rabią Skałę, Hyrlatą i ponownie do Cisnej. Punktem charakterystycznym biegu jest to, że pokonuje się go w parach. Jak i bieg pokonuje się w parach, tak i relację wspólną z owej imprezy również napisali:

[Szymon] i [Adrian]

[Szymon] W zasadzie to nie dociera do mnie jeszcze to, co wczoraj się wydarzyło. Sam Bieg Rzeźnika był dla mnie wielkim wydarzeniem, jednym z głównych biegowych zadań na ten roku Jednak cała ta otoczka Festiwalu Rzeźnika, Szakale oraz moja nie-biegowa ekipa kibicująca na różnych punktach trasy sprawiły, że moje pozytywne emocje, mimo ogromu zmęczenia, wyszły na zupełnie inny wymiar.

[Adrian]: To było coś więcej niż Festiwal Biegowy. To była próba charakterów. To było kilka dni, które pomogło zawiązać nowe przyjaźnie. Już dziś wiem, że wrócę tam w kolejnych latach z Szakalową drużyną. Każdą rywalizację przeżywaliśmy inaczej. Od swojego startu przez maraton Miśka, najdłuższy bieg górski Ani gdzie obsługiwaliśmy punkt odżywczy, 11km wracającej do biegania Magdy do zwycięskiego biegu małej Szakalicy Tosi. To była uczta biegowa!

***

Koniec czerwca 2021 roku. Podczas jednej z biegowych, porannych wycieczek zdawałem relację z niedawno ukończonego biegu Rzeźnika, który pokonałem wspólnie z Szakalowym brachem, moim imiennikiem – Szymenem. I choć tamten bieg nie był nastawiony na ściganie, a na turystyczno-biegową eksplorację bieszczadzkich szlaków, to uznałem, że moja obecność na tej imprezie nie jest już konieczna, wszak jest jeszcze tyle innych biegów, w których chciałbym wziąć udział – co też głośno powiedziałem, kończąc swoją opowieść. Wtem, pochłonięty i mocno zainspirowany Adrian rzucił:

– Szymon, a może w przyszłym roku ze mną pobiegłbyś Rzeźnika?
– Ale powiedziałem, że Rzeźnika to mi już wystarczy, chyba, że polecimy wydłużoną o 20 kilometrów wersję „hardcore” z limitem 12:30 na 80 km
– Może być i hardcore. LECIMY!
– …

***

Do Cisnej docieramy w środę w godzinach porannych – ja jeszcze walczący ze skutkami anginy czy innego cholestwa, której nabawiłem się dzień przed wyjazdem. Gorączka, ból gardła, łamanie w kościach 3 dni przed głównym startem. Pięknie. Na szczęście polopiryna wespół z innymi medykamentami postawiły mnie na nogi. W Cisnej, dzięki dość sprawnej organizacji noclegu, udało się zakwaterować całą Szakalową watahę startującą w Bieszczadach w jednym domku – łącznie 7 osób + osoby towarzyszące. Jest bieganie, jest integracja!

A: To był długi dzień, a w zasadzie tydzień. Dmuchałem i chuchałem na siebie zgodnie z zaleceniami Trenera, a w ciągu ostatnich 7 dni wszystko starało się utrudniać zaplanowany start. Decyzję o wcześniejszym wyjeździe we wtorek w nocy podjęliśmy w niedzielę wieczorem więc czasu na ogar było nie wiele – ale pasowało mi to bo byłem już przełączony na “tryb nocny”. Kontrolny telefon o 2:20 do Szymona (to człowiek, którego budzik nie rusza! ), którego mieliśmy zgarnąć o 2:30…

– Siema, Szymon wstałeś ?
– No właśnie teraz wstałem…
Klasyka…
I pojechaliśmy, zabierając ze sobą przeziębionego i zaspanego Szymona.

IMG-20220615-WA0001 IMG-20220615-WA0009

***

Budzik zadzwonił kilkanaście minut po 12 w nocy. Mimo, że położyłem się po 19, urwałem może ze 2 godziny snu, reszta minęła na analizowaniu trasy, strategii, oceny własnych możliwości i możliwości Adriana. Bieg parami ma to do siebie, że zbyt mocne tempo jednej osoby, może podciąć siły drugiej, z drugiej strony nadane odpowiednio tempo motywuje osobę, która sama nie wie, ile może z siebie dać.  Jako, że z naszej dwójki rzeźnickie szlaki, siłą rzeczy – skoro je pokonałem, znałem lepiej osobą nadającą tempo miałem być ja. Na moich barkach spoczęła więc duża odpowiedzialność za to, czy i w jakim stanie oraz kiedy, dotrzemy do mety.

A: Wiedziałem co robię. Był plan – położyć się o 18 i spać do 1-szej. Długa podróż i zmiana trybu funkcjonowania są na moją korzyść. Wiedziałem też, że Szymon jest idealnym partnerem do rozdziewiczania Rzeźnickich szlaków. Obeznany w terenie – przeszedł tutaj już szkołę życia brodząc w Bieszczadzkim błocie przez kilkadziesiąt godzin i ma dużo większe doświadczenie ode mnie. Zrobiliśmy dużo treningów górskich – wiem, że jest mocny. Ale dzięki wspólnym wyjazdom treningowym wiedziałem czego mogę się spodziewać. Znaliśmy swoje mocne i słabe strony. Obudziłem się przed budzikiem – słyszę jak pada… ku##a… byle nie przez 16 godzin…

Punktualnie o 3 Mirek, inicjator przedsięwzięcia, wystrzelił ze swojej strzelby na sygnał startu. Ruszyliśmy! Od początku nadaliśmy żwawe tempo na początkowych asfaltowych kilometrach, by ulokować się w czele startujących i uniknąć kolejek oraz zatorów podczas podejść – już na leśnym szlaku – na Chryszczatą, za którym znajdował się pierwszy punkt kontrolny (Przełęcz Żebrak). Punkt ten na ~17,5 kilometrze mijamy po 2 godzinach zajmując 68 pozycję. Dalej czeka nas kolejna wspinaczka na Wołosań – mimo, że bez kijków (które zabrać ze sobą można dopiero na przepaku w Cisnej) idzie nam całkiem sprawnie.

IMG-20220620-WA0030

A: Przepak, toaleta – a raczej jej brak, autokar do Komańczy – wszystko szybko. Jak zawsze. Na miejscu nim wystartowaliśmy już wpadłem do rowu i miałem mokro w kapciach. Na szczęście aura była sprzyjająca. Delikatna mżawka, która po chwili zanikła w unoszącej się mgle. Ustawiliśmy się bliżej startu co by się nie przeciskać na podejściach. Początkowa część trasy była asfaltowa – jakieś 7km. Ku mojemu zdziwieniu sporo ludzi nas wyprzedzało ale my swoje. Zacząłem się zastanawiać, czy faktycznie są tak mocni czy jak przystało na Szakali zgarniemy “biegowe żniwo” w dalszej części trasy.

Biegnę przed Adrianem narzucając tempo. Niestety do czasu… Podczas stromego zejścia, już za szczytem, odzywa się ból kolana w okolicy rzepki – „hamując” czworogłowym, który już przed biegiem był napięty i powodował, że okolice rzepki były ponapinane, teraz przy tej stromiźnie było jak wbijanie gwoździa nie młotkiem, a młotem kowala. 27 kilometr, ledwie ćwierć trasy a w głowie zaczynają się kłębić ciemne, niepokojące myśli. Nie mogłem nawet truchtać w dół. Mozolnie, krok za krokiem, schodziłem, byle tylko zminimalizować ból i dać szansę choć na ukończenie trasy. Na tym etapie to Adrian przejął pierwsze skrzypce i motywował, gdy moja psycha siadała. Na szczęście, gdy nachylenie się zmniejszyło, mogłem wrócić do biegu i w dobrej formie oraz nastrojach dobiliśmy do kolejnego punktu kontrolnego w Cisnej (32 km, czas 4:02, pozycja 71). Tam czekał na nas cały zespół kibiców, co jeszcze bardziej podniosło nasze morale.

W Cisnej byliśmy, czy wręcz zadomowiliśmy dłużej niż zakładaliśmy (no dobra – ja zakładałem! 😊 ). O ile ja na przepak przygotowałem się pieczołowicie, szykując nowy plecak z bukłakiem, żelami, batonami tak, że wystarczyło tylko zrzucić stary i założyć nowy, co przy zmianie koszulki oraz wyjęciu kijków, wypiciu puszki coli nie zajęło mi więcej niż kilka minut, o tyle serwis Adriana trwał nieco dłużej. Z dwojga złego jednak, lepiej by wystartował na dalszy etap odświeżony, niż miał później cierpieć na trasie. Ja w tym czasie natomiast, wpałaszowałem miskę kaszy oraz uciąłem pogawędkę z kibicującym nam Szakalami.

A: Od momentu kiedy wbiegliśmy do lasu prowadził Szymon. Między nami była różnica max kilkudziesięciu metrów ale cały czas parliśmy do przodu. Były mijanki z innymi parami. Nigdy nie startowałem w nocy, w Bieszczadach i trochę byłem zaskoczony wilgotnością powietrza. Gdzieś na 20km pojawił się niepokojący ból w klatce piersiowej ale trzeba było lecieć dalej – na przepak! Cali mokrzy ale nie od wysiłku dotarliśmy do Cisnej. Tam czekała na mnie moja ekpia: Magdalena, Endrju i Krzychu oraz Misiek, którego było pełno w obu ekipach. Suchutki i spakowany podjadając kawałki żółtego sera wystartowaliśmy wspólnie w towarzystwie Miśka – fotoreportera 😊

received_353392716905803 IMG-20220620-WA0079

IMG-20220620-WA0077

Z Cisnej wybiegamy jak nowonarodzeni. Wolontariusz pokazuje nam kierunek biegu, skręcamy w prawo na tory kolei wąskotorowej. Dobrze, że jest dzień, bo widok światła w nocy mógłby być niepokojący… Wchodzimy mocno pod podejście za grupą innych biegaczy, gdy nagle spotykamy zawracającą się grupę … Zła trasa? Brak oznaczeń, zerkam na zegarek i wgranego tracka – garmin pokazuje, że wszystko jest OK, więc z kilkoma osobami idziemy dalej, gdy po raz kolejny widzimy żółte oznaczenie. Zapala się czerwona lampka. Cholera – byłby ok, gdybyśmy mieli już 80-tkę kilometrów w nogach! Weszliśmy na trasę ‘hardcora’, stąd zegarek z trackiem pokazywał mi, że jesteśmy ‘na szlaku’. Rzuciliśmy kilka cierpkich słów na stracone – dobre 15 minut, szybko zbiegliśmy w dół i następnie znaleźliśmy, prawidłowy już, szlak. Cóż, Trener przekazuje nam nie tylko jak biegać, ale też jak gubić się na trasie 😉 (pozdro Mauro! :D). Adrenalina zabuzowała – na Rożki i Jasło pniemy się mijając kolejne pary, na płaskich odcinkach i tych z lekkim nachyleniem kolejnych – w sumie gdzieś z 30-40 par. Zastanawiamy się, czy to już powoli zaczyna im odcinać prąd, czy to my mijamy tych zawodników, którzy do Cisnej dobiegli co prawda za nami, ale na przepaku byli krócej i nie dołożyli trasy. Jaka by nie była to przyczyna, wyprzedzanie motywuje, więc idziemy jak burza. Do Smerka dobiegamy po 7:30h. Flaski już suche, więc punkt kontrolny na 50-tym kilometrze był ja wybawienie. Kiedy ja rzuciłem się na arbuzy, colę i wyroby oferowane przez punkt Lasów Państwowych: kabanosy z dziczyzny, kanapeczki z marmoladą z dzikiej róży i inne frykasy, Adrian szukał sposobu na załagodzenie narastającego bólu kalana, który tym razem jemu pojawiał się przy tych bardziej stromych częściach trasy prowadzących w dół. Kilkanaście minut przerwy – pojedli, popili i uznali, że siedzenie boli bardziej niż bieg, więc ruszyli dalej.

A: No i się zgubiliśmy. Przed chwilą jeszcze temat hardcora (bez świadomości tego co wydarzy się później) był w jakiś tam sposób realny… Nawet niefortunnie zahaczyliśmy kawałek trasy tracąc przy tym dobre 15-20 minut. Skróciliśmy szlak do poprawnej trasy i pognaliśmy dalej. Gdzieś tutaj pojawił się ból kolana, który tak naprawdę towarzyszył już do praktycznie samego końca. Dystans do jakiegoś 50km pokonaliśmy razem – uważając na zbiegach, a może nawet żwawych zejściach i mimo bólu mijając kolejne pary. Punkt odżywczy w Smerku mimo, że zajmuje chwilę to wykorzystaliśmy go na maxa. Flaski pełne, najedzony pomarańczami i arbuzem z wysmarowanym kolanem byłem gotów do dalszej eskapady. Nim zdążyliśmy się rozpędzić zaczęło się piekielne podejście.

IMG-20220620-WA0038

Z tym biegiem to też nie będę przesadzał – było go ledwie kilkaset metrów, bo zaczęło się kolejne żmudne podejście pod Paportną i Rabią Skałę. Gdzieś w okolicy granicy polsko-słowackiej dopada mnie kryzys. Nie to, by odcięło mi prąd totalnie, ale głowa zachęca do tego, by marsz przeważał nad biegiem. Moment ten wyłapał Adrian, który w przeciwieństwie do mnie, odżył i nucąc „Szaaakalleee Bałuuuut sia la la la la” zagrzewał do biegu i mijania kolejnych dostrzeżonych par. Sił nie przybywało, ale przecież nie zostanę sam w lesie – muszę, więc biegnę. Roztoki, 68 kilometr trasy i kolejny punkt kontrolny. Dostrzegamy naszą Szakalową brać – Adama, Anię oraz Szakalątko Tosię. Adam ratuje nas zimnym piwem, Tosia – pikantnymi kabanosami. Kolano Adriana niestety daje znać o sobie coraz bardziej, chwila przerwy dobrze więc zrobi. Napełniłem flaski i zarazem swoje baterie. Odżyłem i czułem, że mogę pędzić już do mety. Praca i motywacja wolontariuszy na tym punkcie była nieoceniona. Paradoksalnie – dzień później sam stałem na tym punkcie już nie jako zawodnik, a samozwańczy wolontariusz, pomagając startującym na dystansie 27 kilometrów, zawodnikom. Trochę się powtarzając, ale … „pojedli, popili” – trzeba było ruszyć dalej…

A: Ja wtedy jeszcze nie wiedziałem, że Szymon trochę podupadł. Faktycznie prowadziłem. Gdzieś tutaj też odpuścił ból w klatce piersiowej. Gdy tylko wyłanialiśmy się na wierzchołku podejścia zaczynałem biec albo wyznaczałem punkt startu. Na połoninach ciągle biegliśmy. Pod górę szło żwawo, na płaskim – swoje a w dół z racji bólu kolana ostrożnie. I w ten sposób mijaliśmy kolejne pary. Nie wiedziałem, że teraz to ja “ciągnę ten wózek” i to z bagnem w które sam Nas wrobiłem… Mój entuzjazm gasił w uczestnikach chęć rywalizacji – tego nauczył mnie sam Prezes! Docieramy do kolejnego punktu na 68km Roztoki gdzie dostajemy zajebisty serwis – Misiek, Ania i mała Tosia. Uzupełniają mi flaski, Misiek masuje kolano, Tosia przynosi smakołyki. Mimo zmęczenia, bólu kolana, który w zasadzie dzięki rozmasowaniu na trochę ustąpił było też wesoło – podnieśli Nas na duchu!

IMG-20220620-WA0080 IMG-20220620-WA0082

IMG-20220620-WA0086 IMG-20220620-WA0087

 

IMG-20220620-WA0071

 

IMG-20220620-WA0075 IMG-20220620-WA0070

Zostały nam „tylko” ostatnie 2 podejścia. TYLKO. Hyrlata i niekończące się podejście. Za każdym razem kiedy zerkałem w górę i myślałem, że to już koniec, nagle dostrzegałem cień jakiegoś zawodnika, który uzmysławiał mnie, jak bardzo się myliłem. Hyrlata to szmata – myślałem. Czemu tak bardzo nienawidzisz startujących zawodników Panie Mirku? Naładowane do pełna akumulatory nagle zapaliły kontrolkę „engine”, przedzierające się przez drzewa słońce, przy wysokiej intensywności podejściu powodowały, że czułem, iż się przegrzewam. Nie czas był jednak na narzekanie. Motywowanie Adriana (szczególnie na zejściach) i myśl o ostatnich kilometrach napędzała do walki. Zejście do Lisznej, gdzie znajdował się ostatni punkt z wodą oraz izo i dalej w trasę – gdzie? Oczywiście pod górę – na Rożki. To podejście również dłużyło się nieproporcjonalnie do dystansu, a błoto, które się pojawiało, nie ułatwiało wspinaczki. Adrian oderwał głowę dyskutując z napotkaną Patrycją Bereznowską (która na dystansie Rzeźnik Ultra zajęła 2 miejsce – Gratulacje!), ja zaś kilka-kilkanaście metrów przed nimi byłem w swoim świecie małych kroczków. To trochę jak liczenie owiec próbując zasnąć – ja natomiast liczyłem kroki „jeden-dwa”, „jeden-dwa”, jeden-dwa” i każdy musiał być w nie gorszej sekwencji czasowej – innymi słowy, iść i nie zamulać. Będąc na szczycie miałem wrażenie, że słyszę z niebios „Alleluja”. Jeszcze tylko w dół  i meta. Udało się przy okazji odwrócić myśli Adriana od bolącego kolana, co było dodatkowym kopniakiem motywacji. Momentami miałem wrażenie, że to on mnie prowadzi, a nie ja jego. Leciał w dół tak, że zastanawiałem się, czy wcześniej nie udawał. Wybiegamy na ostatnią szutrową alejkę – kilometr do mety. Gonią nas jeszcze 2 pary, ale nie odpuszczamy. Ostatni zbieg, na którym w ubiegłym roku wywinąłem orła, polana, wyrywamy ostro do przodu zostawiając kilkadziesiąt metrów za sobą goniące nas pary …. i META !!!

A: Dobra, ku##a zostało 12km… toż to trening regeneracyjny! Nie do końca… Kawałek asfaltu w towarzystwie Miśka i kolejne podejście. Jeszcze jakieś kłody poprzewracane i błoto. Kto by to pomyślał, żeby w Biesach takie rzeczy się działy. Odcinek do punktu gdzieś na 74km w Lisznej pokonujemy niby razem a jednak oddzielnie. Tam już nie bawiliśmy długo spragnieni mety. Zostaje ostatnie podejście. Każdy walczy ze swoim demonem i pojawia się za moimi plecami Patrycja – no nieeee, teraz nie mogę wyjść na mięczaka! I krok w krok pniemy się wspólne do góry podczas pogawędki dzięki której, zapominam o wysiłku. Zostaje ostatni zbieg – i dystans się nieprawdopodobnie wydłuża. Dostajemy info, że 3 km do końca więc z mojej strony ogień. Trzeba to jak najszybciej skończyć! Po 2 km, że jednak jeszcze 2… a i z ostatniego kilometra też zrobiło się więcej… Ostatnie metry, Misiek podaje flagę. Na mecie głośno jak nigdy. Ja miałem łzy w oczach z radości na ten gwar. Wpadamy na metę, padam na ziemię i Magda ściąga mi buty. Gratulacje, rodzina. Przytulam Szymona i mówię:
– od dziś jesteś dla mnie jak brat! (nie bliźniak choć urodziliśmy się tego samego dnia)

Do domu wracam w deszczu, ciągnąc za sobą nogi i walcząc z każdym krawężnikiem z medalem na szyi i szampanem w ręku. Było warto! Kolejna granica przesunięta.

Ulga, radość, zmęczenie, widok Marty czekającej na mecie tworzyły niezapomniany mix. Brakowało mi tego. Metę minęliśmy po 14 godzinach i 5 minutach (107 miejsce na 400 startujących ekip). Za późno by wyruszyć na trasę ‘hardcore’, a tym bardziej za późno by zrobić go w limicie – którego nota bene w tym roku ukończyły … tylko 2 ekipy. Tort zwany Rzeźnikiem zjedliśmy cały, wisienkę musieliśmy zostawić na kolejny rok. Może przyszły?

Schodzą emocje i adrenalina. Bodźce z zewnątrz jakby zaczęły docierać do mojej głowy. Czy my właśnie pokonaliśmy Rzeźnika? Mobilizacja i partnerstwo. Cel wspólny, założenia wspólne i wykonanie wspólne. To jest właśnie Rzeźnik. Wszystko zagrało tak jak powinno. Czy mogło być szybciej? Być może. Czy mogło przy tym „szybciej” coś zaszwankować i zepsuć nasz wynik? Owszem mogło. Wyszło więc idealnie! Adrian – dziękuję za ten „kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty”!

A: Dochodzę do siebie i zaczynam analizować. Jak Nam poszło ? Celem był Rzeźnik a marzeniem Hardcor… To jak mam się czuć? Zrobiłem to i to było dla mnie najważniejsze. Poradziłem sobie z silniejszym od siebie partnerem. W domu analizujemy i okazuje się, że hardcor ukończyły tylko 2 pary – no to pięknie! Jestem Szakalem! Auuuuu! Sukces – dla mnie olbrzymi. Szymon, bracie – wrócimy i po hardcore 😊

IMG-20220620-WA0084 received_749839596170628

IMG-20220620-WA0085 received_5396918943662134

IMG-20220620-WA0000 IMG-20220620-WA0035

***

Z kronikarskiego obowiązku wspomnieć należy o wyczynach wszystkich Szakali, którzy dopingowali i motywowali się na każdym z biegów.

  • (piątek) Maraton Rzeźnika – Adam (open 186, czas 08:43:52)
  • (sobota) Bieg Rzeźnika – Szymon i Adrian (open 107, czas 14:06:00)
  • (niedziela) Dycha na Jeleni Skok – Magda (open 224 czas 01:50:22)
  • (niedziela) Bieg Rzeźniczątka (Tosia – lat. 3 – 1 miejsce !!!)
  • (niedziela) Bieg Rzeźniczka – 28 km – Ania (open 735, czas 05:43:19)

received_743951790071277 IMG-20220620-WA0023

IMG-20220620-WA0045 IMG-20220620-WA0059

Zdjęcia w wykonaniu wielozadaniowego – począwszy od biegania, po koordynację łapania nas na punktach, motywowania, a zakończywszy na fotorelacji- Szakala Adama. Dzięki brachu!

Z tego miejsce podziękowania dla: Szakala Mauratonczyk – Maurycy Oleksiewicz za przygotowanie nas do startu!

Peace  &Love

Szakal Szymon
Szakal Jurek